RZYMSKI KATOLIK

BLOG POŚWIĘCONY KATOLICKIEMU TRADYCJONALIZMOWI

Wpisy

  • czwartek, 30 czerwca 2011
  • sobota, 25 czerwca 2011
    • Wyznania polskiego egzorcysty

       

      Zły duch czai się na nasze dusze? W obecnych czasach chyba tak, bo jak mówi nam egzorcysta ksiądz Andrzej - z roku na rok egzorcystów w Polsce przybywa. W Warszawie, by spotkać się z takim księdzem, trzeba czekać w kolejce miesiącami! Specjalnie dla Faktu jeden z egzorcystów wypędzających złe duchy zdradza kilka mrocznych tajemnic swojego fachu.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wyznania polskiego egzorcysty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 22:16
    • Charles Maurras – niewierzący obrońca wiary

       

      Historycy myśli politycznej są zgodni co do tego, że urodzony w 1868, a zmarły w 1952 r. francuski pisarz i publicysta Charles Maurras był najwybitniejszym i najbardziej wpływowym (w całym – nie tylko zachodnim – świecie intelektualnym) przywódcą prawicy w pierwszej połowie XX wieku. Prawicy – uściślijmy to koniecznie – kontrrewolucyjnej, to znaczy nie takiej, która całkowicie pogodzona z demoliberalnym (nie)porządkiem spiera się z lewicą co najwyżej o redystrybucję kilku procent PKB lub (co gorsza) jedynie o to, jak daleko należy wychodzić naprzeciw żądaniom “hominternu” i jemu podobnych “sił postępu”, ale takiej, która walczy o to, żeby pokonać śmiercionośne następstwa wszystkich rewolucji religijnych, politycznych, społecznych i kulturalnych, które sprzysięgły się, aby zniszczyć wzniesiony na fundamencie prawdy katolickiej gmach christianitas.

      Charles Maurras obdarzony genialnym umysłem i najświetniejszym w swojej epoce piórem wypracował doktrynę polityczną kontrrewolucji nazwaną nacjonalizmem integralnym (nationalisme intégral). Nacjonalizm oznacza w tym wypadku kierowanie się jako nadrzędną racją dobrem narodu (a nie jednostki czy klasy), ale niekoniecznie jego “wolą”, która może być zaciemniona namiętnościami tłumu albo zmącona przez demagogów. Nadto, nacjonalizm ów jest świadom, że naród stanowi owoc “supranarodowej” cywilizacji, wychowanej przez Kościół katolicki i rozkwitającej w średniowieczu. Chociaż jedność polityczna tej cywilizacji – nazywanej przez Maurrasa “łacińskością” (latinité) – legła w gruzach pod ciosami protestantyzmu, makiawelizmu i nowożytnego absolutyzmu, nacjonalizm ów jest właśnie jedynym dziedzicem tamtej jedności spajanej przez papiestwo. Przymiotnik “integralny” zaś oznacza, że jest on dopełniony przez rojalizm, czyli instytucję narodowej monarchii, jako jedynego zwornika zdolnego pogodzić partykularne interesy i podporządkować je dobru wspólnemu narodu.

      Doktryna Maurrasa stała się ideowym credo założonej w 1908 roku ligi politycznej pod nazwą Akcja Francuska (Action Fran÷aise). Przyczyniła się ona również w wielkim stopniu do zjawiska nazwanego “odrodzeniem katolickim” (renouveau catholique). Przez kilka dekad zatem Maurras był niekwestionowanym wodzem opinii katolickiej, tak we Francji, jak i poza nią. Lecz zarazem był w tym niemały paradoks, albowiem ów polityczny lider katolików przez prawie całe swoje dojrzałe życie nie był osobą wierzącą. Jak to było możliwe?

      Dramat utraty wiary

      Wychowany przez matkę, gorliwą katoliczkę, Charles Maurras był dzieckiem bardzo pobożnym, znał dobrze katolicką liturgię, a w kolegium jezuickim, do którego uczęszczał, oraz w Instytucie Katolickim w Aix-en-Provence, który ukończył, dobrze poznał tomizm. Jego pracą dyplomową i zarazem pierwszą publikacją było studium “Święty Tomasz z Akwinu jako student i wykładowca Uniwersytetu Paryskiego”.

      Niestety, począwszy od 14. roku życia, wskutek pewnych powikłań laryngologicznych, Maurras zaczął stopniowo tracić słuch. Popadanie w kalectwo (którego bezpośrednim skutkiem była konieczność porzucenia marzeń o karierze oficera marynarki) zachwiało jego dziecięcą ufnością do Boga. Nie oznaczało to od razu zaniechania praktyk religijnych. Kryzys pogłębił się po wyjeździe do Paryża, ale młody Prowansalczyk wciąż jeszcze praktykował, kierowany zdalnie wskazówkami ks. J.B. Penona (późniejszego biskupa Moulins), jak ta oto: “Trzeba rozważać Jezusa Chrystusa nie tylko jako wspaniałego Władcę, ale również jako kogoś żyjącego, i zwracać się do Niego jako do Przyjaciela. Jest na to środek bardzo prosty. Czytaj Ewangelię, sam tekst, bez komentarzy; zwłaszcza św. Łukasza i św. Jana. Jest niemożliwe, abyś czytając choćby jeden rozdział dziennie, nie poczuł głębokiej słodyczy boskości, która płynie zawsze od Naszego Pana; ponawianie tej czynności może cię zastawać zimnym i roztargnionym, ale w końcu to cię porwie”. Ksiądz Penon powierzył też duszę Maurrasa trosce słynnego rekolekcjonisty (m.in. opiekuna duchowego bł. Karola de Foucaulda) o. H. Huvelina i jeszcze w 1889 r. Maurras odbywał w kościele św. Augustyna rekolekcje. Kryzys jednak nieubłaganie zmierzał ku ostatecznemu zwątpieniu: w liście do Penona na Boże Narodzenie 1890 roku 22-letni Maurras wyznaje, że jego dusza znajduje się w “”dziwacznym [bizarre] stanie” i czuje, że wielka przestrzeń oddziela go od wiary”; tydzień później ów stan ducha kwalifikuje jako “ducha agnostycyzmu”.


      Pierwsze lata po utracie wiary są całkowitą duchową otchłanią. Maurras, który rozpoczyna błyskotliwą karierę literacką (o polityce nie myśli prawie w ogóle), publikuje książki ostentacyjnie wręcz “pogańskie” (a niektóre niepublikowane teksty są jeszcze gorsze). Jest w nich kimś w rodzaju współczesnego Celsusa czy Juliana Apostaty (albo Nietzschego), wielbiącego arystokratyczny geniusz klasycznej Grecji i Rzymu, a gardzącego chrześcijaństwem jako wytworem koczowniczych Semitów i prymitywną religią niewolników, żywiących się resentymentem wobec “panów życia”. Taki stan rzeczy trwa do schyłku XIX wieku. Wstrząs i przełom – nie nawrócenie jednak! – przychodzi w kulminacyjnym punkcie “sprawy Dreyfusa”, która rozogniła i podzieliła Francję. Maurras, angażując się odtąd w politykę, pojmuje tę oczywistość, że Kościół katolicki jest jedyną siłą moralną, która może ocalić przed rozkładem społeczeństwa atakowane przez wrogów tradycji. Każdy zatem, kto miłuje i chce ocalić swój (w tym wypadku francuski) naród, musi stanąć po stronie Kościoła.

      Obrona religijna

      Wbrew temu, co mu wielokrotnie zarzucano – fałszywie i wbrew intencjom autora interpretując jego hasło “najpierw polityka” (politique d´abord) – Maurras nigdy nie traktował religii i Kościoła instrumentalnie, czyli jako narzędzie w ręku politycznych celów. Zawołanie “najpierw polityka” nie oznacza postawienia obowiązków narodowych nad obowiązkami wobec Boga ani interesów narodowych nad przykazaniami Bożymi i nakazami moralności, lecz jedynie uświadomienie sobie i innym, że istniejąca forma rządu jest nie tylko antynarodowa, ale również z gruntu wroga religii katolickiej i Kościołowi, a zatem zła z samej swojej natury, a nie z “przypadłości”. Katolicy “przyłączeni” do Republiki łudzą samych siebie i naród, że swoją lojalnością “udobruchają” jej masońskich władców i skłonią do zelżenia antykatolickiego kursu. Ale Republika ich nie potrzebuje: “Republika potrzebuje gorliwych republikanów, Żydów, protestantów, masonów, meteków [tj. kosmopolitycznych cudzoziemców - J.B.]“. Polityka jest więc środkiem do przywrócenia panowania religii, lecz polityka ma także swoją godność, i jest nią godność środka. W porządku godności religia jest na pierwszym miejscu, co wyraża sekwencja pojęć w sławnej trójformule: obrona religijna (défense religieuse) – obrona społeczna (défense sociale) – obrona narodowa (défense nationale). Dlatego “jeśli nacjonalizm [tj. polityka "obrony narodowej" - J.B.] jest kompletny, jeśli jest logiczny, to prowadzi praktycznie do obrony religii i społeczeństwa”, natomiast “praktycznie obrona religijna i obrona społeczna nie doprowadzają wprost do obrony narodowej lub doprowadzają w sposób drugorzędny, odległy i niezadowalający”. “”Polityka religijna” musi być katolicka i zgodnie z tym uprzywilejowywać katolicyzm tak w społeczeństwie, jak w państwie”, ponieważ “katolicyzm i patriotyzm, katolicyzm i ład francuski, katolicyzm i myśl ludzka, katolicyzm i cywilizacja powszechna, przyciągają się wzajemnie”. Dlatego na pytanie marszałka Henri Philippe´a Pétaina, czego najbardziej potrzeba Francji do podniesienia się po klęsce, Maurras udzielił odpowiedzi uniwersalnej, aktualnej także w Polsce A.D. 2011: “dobrych oficerów i dobrych kapłanów” (un bon corps d´officiers et un bon clergé).

      Prokatolicki siłą rzeczy

      Swoją pozycję względem Kościoła dojrzały Maurras określił najpełniej w drugim rozdziale książki “Akcja Francuska i religia katolicka” zatytułowanym: “Niewierzący a dobrodziejstwo katolicyzmu” (L´incroyant et le bienfait du Catholicisme). Człowiek niewierzący, a zarazem podziwiający Kościół i broniący go, przyjmuje postawę “prokatolickości” powodowanej tyleż niezachwianym przekonaniem o dobroczynności katolicyzmu, co obcością w stosunku do wszystkiego, co katolicyzmowi jest obce i co mu się przeciwstawia: “Tak oto, bez długich deliberacji z mojej strony, co do obecnej mojej pozycji doktrynalnej, samą siłą rzeczy i logiki moich poglądów antyprotestanckich, antyżydowskich i antymasońskich, jednakże nigdy antykatolickich, stałem się prokatolicki [j´étais procatholique] prawie bezwiednie (…). A zatem bronię Kościoła. Bez upoważnienia i być może bezprawnie, z pewnością także zbyt słabo, ale z całej duszy i tak, jak potrafię. Nie mogę bronić go inaczej, jak będąc tym, kim jestem, zajmując pozycję, na której się znajduję, która dla wierzącego nie jest ani wystarczająco mocna, ani zaszczytna. Tymczasem jestem na niej i nie mogę być gdzie indziej, trzeba to widzieć, aby wiedzieć, co czynię i jak to czynię”.

      Dlaczego niewierzący chce bronić Kościoła? Przede wszystkim dlatego, że katolicyzm jest gwarantem, źródłem i uzasadnieniem wszystkiego, co w oczach francuskiego patrioty, wychowanego w tradycji katolickiej, jest dobre, prawdziwe i piękne: “Wszystkie nasze ulubione idee, “ład”, “tradycja”, “dyscyplina”, “hierarchia”, “autorytet”, “ciągłość”, “jedność”, “praca”, “rodzina”, “korporacja”, “decentralizacja”, “autonomia”, “organizacja robotnicza”, są zachowywane i doskonalone przez katolicyzm. Tak jak katolicyzm średniowieczny znalazł wykończenie w filozofii Arystotelesa, tak nasz naturalizm społeczny odnajduje w katolicyzmie swoje najtrwalsze i najdroższe mu zasady”. Kościół katolicki był i jest opoką ładu, skałą, o którą rozbijają się fale barbarzyństwa i anarchii, wszystkiego, co jest nie-ładem: rewolucji, egalitaryzmu, demokracji, liberalizmu, socjalizmu…

      Kościół Porządku

      Nie mogąc zatem być w pełnej łączności z Kościołem jako wierzący chrześcijanin, Maurras identyfikował się z nim jako człowiek cywilizacji łacińskiej, jako “Francuz-Rzymianin”. Tym, co elementarnie łączy rzymskość, katolicyzm i człowieczeństwo, jest afirmacja bytu, tego, co jest, rzeczywistości, mówienie “tak”. To szatan mówi “nie”, a jego rebelii metafizycznej odpowiada na ziemi bunt religijny protestantów przeciwko Kościołowi rzymskiemu i bunt społeczny rewolucjonistów przeciwko monarchii. “Tak” i “nie”, posłuszeństwo i bunt – oto podstawowe przeciwieństwo. “Rzym mówi “tak”, Człowiek mówi “tak”. (…) To, co “pozytywne”, jest katolickie, to, co “negatywne”, nie jest takim”. Już zatem sam “prosty smak” (simple gou^t) do autorytetu może sprawiać, że “pewne natury niereligijne, lub bez wiary religijnej, mogą żywić dla katolicyzmu wielki respekt, zmieszany ze skrytą czułością i głębokim afektem”.

      Maurras doskonale wie, że konstatacja: “Kościół katolicki jest rządem”, to tylko “reguła zewnętrzna” (la rřgle extérieure) i że jest w katolicyzmie “coś”, co ją nieskończenie przekracza; niemniej zasada ta jest, i jest ważna: jeśli się jej zaprzeczy, zerwaniu ulegnie także harmonia z tym, co ją przekracza, a jeśli jest się jej posłusznym, to, co jest ponad nią, ulega także wzmocnieniu. A zatem “katolicyzm jest wszędzie porządkiem (ordre). To w tym najogólniejszym określeniu sama istota religijności znajduje oddźwięk u jej zewnętrznych admiratorów”. Mogą ją rozpoznać i zaakceptować zarówno ci, dla których Kościół jest Prawdą – czyli wierzący, jak i ci, dla których – jak dla samego Maurrasa – jest On (“tylko”) Porządkiem (l´Eglise de l´Ordre).

      Potępienie i ułaskawienie

      Heroiczna – okupywana więzieniem i procesami – walka Akcji Francuskiej i jej niewierzącego przywódcy w obronie Kościoła prześladowanego ze zdwojoną siłą przez Republikę po ustanowieniu w 1905 roku tzw. rozdziału (séparation) Kościoła od państwa nie zdała się na nic, gdy po I wojnie światowej w stosunkach dyplomatycznych Francji z Watykanem nastąpiło przejściowe “odprężenie”. 29 grudnia 1926 r. w “L´Osservatore Romano” opublikowane zostało oficjalne potępienie organizacji i dziennika “L´Action Fran÷aise” (którego lektura została katolikom zakazana), a jednocześnie wpisano na Indeks Ksiąg Zakazanych siedem książek samego Maurrasa. Sankcje przewidziane dla opornych, tj. tych, którzy nie wystąpiliby z Ligi AF lub nie zaprzestali abonowania dziennika, były najsurowsze z możliwych, łącznie z zakazem udzielania sakramentów (z wyjątkiem ślubu, który wszelako mógł być udzielany tylko w zakrystii – in nigris) oraz pochówku na poświęconej ziemi.

      Przyczyny, jawne i ukryte, potępienia z 1926 r. są nieustająco przedmiotem gorących sporów, a obrońcy Akcji Francuskiej kładą nacisk zwłaszcza na aspekty polityczne, takie jak szantażowanie Stolicy Apostolskiej wznowieniem prześladowań Kościoła przez premiera A. Brianda, któremu – jako autorowi pojednawczej wobec Niemiec “polityki Locarno” – przeszkadzało fundamentalnie antyniemieckie nastawienie Maurrasa. Długo by o tym można rozprawiać, dwie rzeczy wszelako są bezsporne. Pierwsza, że potępieniu nie towarzyszyło żadne uzasadnienie doktrynalne, co jest ewenementem w całej historii Kościoła. Druga, że przynajmniej cztery z potępionych książek Maurrasa zostały przezeń napisane we wspomnianym wyżej okresie “pogańskim” jego życia intelektualnego i (jako dzieła stricte literackie) nie miały żadnego związku z programem i działalnością Akcji Francuskiej.

      Faktem jest również, że ów dramat potępienia i wykluczenia z Kościoła trwał aż 13 lat. Dopiero w styczniu 1937 r. przeoryszy karmelitanek z Lisieux (siostrze św. Tereski) udało się nakłonić Maurrasa do napisania kornego listu do Papieża. Kiedy z kolei wkrótce Maurras odsiadywał trzymiesięczny wyrok w więzieniu, otrzymał od Piusa XI odręcznie napisany, trzystronicowy list. W kolejnym liście, który Maurras wysłał do Papieża 10 maja 1937 r., prosił o ułaskawienie Akcji Francuskiej, gdyż Francja pogrążona jest w “czerwonej anarchii”. Młyny Boże jednak, jak wiadomo, mielą powoli i rozwiązanie tej kwestii przypadło dopiero następcy Piusa XI, Piusowi XII. Po otrzymaniu poufnej informacji od Mons. Alfreda Ottavianiego o możliwości rychłego zdjęcia ekskomuniki, 19 czerwca 1939 r. komitet kierowniczy Akcji Francuskiej wystosował list do Papieża, w którym przepraszał za wszystkie “polemiki i dyskusje” z autorytetem pontyfikalnym, jakie miały miejsce na łamach dziennika po potępieniu z 1926 r. oraz deklarował “jednomyślną wolę rozwijania aktywności dziennikarskiej wyłącznie w domenie społecznej i politycznej, w sposób który nigdy nie będzie przeszkadzał tym z nich, którzy są katolikami, w posłuszeństwie, wszystkich zaś będzie zobowiązywał do respektowania nakazów autorytetu kościelnego w zakresie problemów, które choć należą do sfery społecznej i politycznej, stanowią jednak przedmiot zainteresowania Kościoła ze względu na ich odniesienie do celu nadprzyrodzonego”. Ostatecznie, 5 lipca 1939 r. ogłoszony został dekret Świętego Oficjum anulujący wszystkie sankcje w stosunku do dziennika “L´Action Fran÷aise” i jego czytelników.

      Maurras i św. Pius X

      Przeciwnicy Maurrasa, odrzucający hipotezę o politycznych motywach potępienia, akcentujący zaś powody doktrynalne, przypominają, że Kongregacja Indeksu już w 1910 r. (a zatem jeszcze za pontyfikatu św. Piusa X), a powtórnie 16 stycznia 1914 r., wciągnęła na Index cztery książki Maurrasa – uznane za “bardzo złe” (pessima): “Droga do Raju”, “Antinea”, “Kochankowie z Wenecji” i “Trzy idee polityczne”, a większość członków Kongregacji skłaniała się również do potępienia trzech dalszych dzieł: “Przyszłość inteligencji”, “Polityka religijna” i “Czy zamach stanu jest możliwy?”.

      Jednak jest również prawdą, że Pius X, przyjmując do wiadomości ustalenia Kongregacji, zalecił niepublikowanie jej dekretu i prowadzenie dalszych badań, a także stwierdził, że “te dzieła są zakazane i za takie należy je uznawać, co w swoim czasie będzie opublikowane”. Powiedział jednak również: “Damnabilis non damnandus” (“Zasługujący na potępienie, lecz jeszcze niekonieczny do potępienia”). Życzliwość (nie pobłażliwość!) tego świętego Papieża – znanego przecież jako nieugięty obrońca ortodoksji, który dopiero co potępił modernizm (encyklika “Pascendi Dominici gregis”) – dla Maurrasa szła jednak znacznie dalej niż tylko wstrzymanie orzeczenia. W szczytowym momencie kontrowersji opublikował swoje znamienne świadectwo belgijski muzykolog Camille Bellaigue, którego Pius X przyjął onegdaj na audiencji, podczas której sam Papież poruszył temat Maurrasa. Pius X skarżył się na tych, którzy warcząc “jak psy” (comme des chiens), domagają się od niego: “Skaż go, drogi Ojcze Święty, skaż go! A ja im odpowiadam: “Idźcie sobie, idźcie czytać wasze brewiarze, idźcie modlić się za niego”".

      Kluczowy w tej rozmowie jest wszelako inny fragment. Według relacji Bellaigue´a, Papież nazwał wówczas Maurrasa “dobrym obrońcą wiary i Kościoła”. Ten fragment relacji wydał się nieprawdopodobny nie tylko przeciwnikom Maurrasa, ale i jemu samemu, kiedy w 1926 r. Bellaigue ujawnił przebieg tej rozmowy. Maurras sądził, że zaszła tu drobna, lecz istotna pomyłka fonetyczna i Pius X powiedział faktycznie: “obrońca Stolicy [Świętej]“, a nie wiary. Po włosku bowiem słowa “wiara” (fede) i “stolica” (sede) brzmią prawie identycznie. Lecz Bellaigue stanowczo podtrzymał swoją wersję: “Nie. “Wiary”. Takie były jego słowa, dobrze je słyszałem”.

      Ta wersja zgadza się z innymi świadectwami, jak np. ks. kard. Alexisa Charosta, któremu Pius X tuż przed śmiercią powiedział: “Tak długo, dopóki ja żyję, “Action Fran÷aise” nie będzie potępiona. Ona zrobiła zbyt wiele dobrego. Ona broni zasad i autorytetu. Ona broni porządku”. Lecz jeszcze bardziej wymowne jest to, co jesienią 1911 r. Pius X powiedział na audiencji prywatnej matce Maurrasa, pielgrzymującej do Rzymu. Po udzieleniu jej błogosławieństwa zwrócił się do niej tymi słowami: “Nie przekaże Pani synowi tego, co teraz powiem?”. “Nie powiem mu tego nigdy”. “Błogosławię jego dzieło”. I po chwili milczenia dodał: “Ono wzrasta”.

      Długa droga do Damaszku

      Od kiedy na życzenie samego Piusa XI, jeszcze w latach 30., mediacji pomiędzy Rzymem a Maurrasem podjęły się karmelitanki z Lisieux, w Karmelu odprawiana była regularnie Msza św. za zbawienie duszy Karola (pro Caroli salutate). Jednak sceptyczny rozum stawiał opór prawie do końca, barykadując się w strategii wynajdywania przeszkód, tak typowej dla intelektualisty. W listach wspomina o nieopuszczającej go nadziei na pokój ducha, ale jest oczywiste, że go jeszcze nie odnalazł; wie, że pragnie osiągnąć ten punkt ostateczny, ale obawia się, żeby “nie był to arbitralny wybór mojej fantazji lub mojej woli”. Przewodnikiem duchowym Maurrasa w ostatnim roku jego życia został ks. kanonik Aristide Cormier, któremu zawdzięczamy bezcenne wspomnienia. Do ich pierwszego spotkania doszło w klinice św. Symforiusza w Tours, 1 kwietnia 1952 roku. Ksiądz kanonik postawił zasadnicze pytanie: “Gdzie jest Pańska dusza względem Boga?”, i tak opisał reakcję Maurrasa: “Jego twarz ściągnęła się. Usiadł na krześle, jakby się chciał zasłonić. Głowa wzniesiona, wzrok twardy, wreszcie wyrąbał odpowiedź, której nie zapomnę nigdy w życiu: “Wiedz, księże, że w tej kwestii jestem bardzo uparty”". Podczas następnego spotkania krnąbrny niedowiarek był już bardziej ufny: “Mam wielkie pragnienie, aby wierzyć. Dałbym wszystko za to” – powiedział. Wyznał też, że modli się, najczęściej i najchętniej do Świętej Dziewicy. Ale są rzeczy wciąż dla niego “niejasne” (incompréhensibles) i “niepojęte” (inconcevables).

      13 listopada 1952 r. Maurras sam wezwał księdza kanonika: “Nadszedł czas, żeby ksiądz pomógł mi dokończyć to, co trzeba, aby było zrobione” – rzekł. Następnie wyspowiadał się, odmówił Confiteor, otrzymał absolucję i wiatyk. 15 listopada utracił przytomność. Około 23.30 odzyskał ją na chwilę i wyszeptał: “Mój różaniec”. Zmarł o piątej nad ranem. Ostatnie słowa, jakie wyszeptał niesłyszący od 60 lat starzec, brzmiały: “Pierwszy raz słyszę, że ktoś nadchodzi”.

      Prof. Jacek Bartyzel

      Autor jest kierownikiem Katedry Hermeneutyki Polityki na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autorem wielu książek z zakresu historii myśli politycznej, działaczem niepodległościowym w PRL, kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski.

      Źródło informacji: NASZ DZIENNIK

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 22:01
    • Skrajna prawica to nie nazizm

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 21:40
    • Zapomniane prawdy c.d.

       

      Często słyszymy zarzut, że Kościół katolicki jest "niewyrozumiały". Nie pozwala np., żeby w małżeństwach mieszanych połowa dzieci była innego wyznania; nie pozwala, żeby poświęcony przez Kościół sztandar, mógł być "poświęcony" przez inne wyznania itd. Jest niewyrozumiały? Nie, Kościół katolickie nie jest niewyrozumiay, tylko PRAWDA, której jest stróżem jest "niewyrozumiała". Trudno, ale dwa plus dwa, nigdy nie jest pięć! Pomyślmy trochę, jaka powstałaby obojętność religijna, jaka oziębłość, jeśliby Kościół katolicki lekko traktował tę sprawę i ustępliwością swoją wykazywał, że sam nie jest zupełnie pewny swojej nauki. Nie gorszcie się, ale otwarcie powiem: Natychmiast zerwałbym z Kościołem katolickim, gdyby utrzymywał: "niech sobie będą i inne wiary dobre..." Wtenczas bowiem wiara katolicka nie byłaby prawdziwą!

      bp. Tihamer Toth, Chrystus królem Kościoła. Kazanie wygłoszone w 1926r. dla studentów uniwersytetu w Budapeszcie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 21:36
    • Wzrost liczby powołań we wspólnotach sprawujących przedsoborową liturgię

       

      Osobnym zjawiskiem we francuskim Kościele jest wzrost liczby powołań we wspólnotach sprawujących przedsoborową liturgię. Rekordzistami są tu lefebryści, których święcenia są ważne, choć nie posiadają oni jurysdykcji w Kościele katolickim. W tym roku ich francuska prowincja otrzyma 11 nowych kapłanów. Obok nich we Francji powołaniami cieszą się również instytuty kapłańskie działające oficjalnie w Kościele katolickim na mocy motu proprio Benedykta XVI Summorum Pontificum.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 21:13
    • Upadnij na kolana...

       

      Upadnij na kolana ludu czcią przejęty. Uwielbiaj swego Pana: Święty, Święty, Święty! Zabrzmijcie z nami Nieba, Bóg nasz niepojęty w postaci przyszedł chleba: Święty, Święty, Święty! – te słowa tradycyjnej polskiej pieśni chyba najlepiej wskazują, jakiej postawy wobec Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa uczy nas od wieków Święty Kościół Katolicki. W okresie, kiedy z racji uroczystości Bożego Ciała katolicki świat rozważa tę niepojętą Tajemnicę naszej wiary, w której adorujemy Boga samego ukrytego pod eucharystycznymi postaciami Chleba i Wina, warto abyśmy zadali sobie pytania: jaka jest nasza cześć dla Najświętszych Postaci Ciała i Krwi Pana Jezusa? Czy zdajemy sobie sprawę, że w Eucharystii sam Pan Bóg przychodzi do nas? Jaka powinna być nasza postawa podczas Komunii świętej i w czasie adoracji?

      Pamiętam z dzieciństwa, że w kościele, w którym służyłem do Mszy świętej, zawsze w czasie śpiewania lub recytowania „Baranku Boży”jednemu z nas przypadała funkcja nakrywania białymi płótnami balustrad, przy których później klękali ludzie, aby przyjąć Komunię świętą. Dzisiaj w tym samym kościele, choć balustrady jeszcze stoją, po tych nakryciach nie ma już śladu. Więcej nawet, same balustrady nie spełniają już swej roli, bo Komunia święta udzielana jest przez stojących w prezbiterium kapłanów osobom, które podchodzą gęsiego i przyjmują Pana Jezusa w postawie stojącej.

      Nieliczni tylko, pragnąc wyrazić szczególniejszą cześć dla Najświętszego Sakramentu, przed Jego przyjęciem przyklękają. Samotni zaś pojedynczy, których sumienia nie mogą pozwolić, aby ich kolana były sztywne w tak ważnej chwili, „desperacko” klękają w momencie przyjmowania Pana Jezusa, czemu często towarzyszą poirytowane westchnienia tych, którzy odbierają ten gest być może jako przejaw dewocji lub co najmniej nadgorliwości powodującej niepotrzebne zamieszanie. Tak jakby cześć jaką winniśmy okazać samemu Bogu, który przychodzi do nas w tym momencie, nie była ważniejsza od jakichkolwiek względów praktycznych. Oczywiście, nie chodzi tu o ludzi chorych lub starszych, dla których klękanie jest problemem i nie można od nich tego wymagać.

      A kiedy już przyzwyczaimy się do tej stojącej postawy przed naszym Panem i Bogiem, przestaje też nas dziwić, że ten i ów przechodząc przed Najświętszym Sakramentem nawet nie przyklęka. Czy przychodząc w gości do czyjegoś domu te osoby, które z taką beztroską nie okazują najmniejszego szacunku dla Eucharystii, ignorowałyby do tego stopnia swego gospodarza, że nie powiedziałyby mu nawet „dzień dobry” lub w inny sposób nie przywitałyby się z nim, okazując tym samym swój szacunek? Co dopiero, kiedy przychodzi się przed majestat samego Boga, który nas stworzył, od którego zależy nasze życie i wieczność cała…

      W obliczu tego osłabienia czci dla Najświętszego Sakramentu, dzisiaj nie dziwi już nawet, że nikt nie zwraca uwagi na idącego ulicą księdza, który z Panem Jezusem zmierza do chorych. Dawniej zwyczajną praktyką było przyklęknięcie na taki widok, dzisiaj niemal wszyscy udają, że nic nie widzą.

      Niepostrzeżenie wraz z odejściem tych oczywistych kiedyś gestów i postaw, umniejsza się cześć a stopniowo i sama wiara w to, że pod eucharystycznymi postaciami i w każdej najmniejszej cząstce konsekrowanego Chleba i Wina obecny jest sam Pan Jezus z Najświętszym Ciałem i Krwią, Duszą i Bóstwem, nie na sposób symboliczny, ale substancjalny, czyli w pełni realny i prawdziwy. Tymczasem ileż razy można być mimowolnym świadkiem z jakim pośpiechem i niedbałością jest udzielana i przyjmowana Komunia święta, często bez odpowiedniej troski o to, aby żadna najmniejsza nawet cząstka Ciała Pańskiego nie została zbezczeszczona. Przestrzega przed tym św. Hieronim: Jeśli kiedy przystępujemy do sakramentu – kto wierzy, rozumie – i jeśli opuścimy choćby okruszynkę, zaciągamy winę.1

      Tej trosce przecież o najdrobniejsze cząstki Hostii służyć miały pateny trzymane przez ministrantów pod brodą przystępujących do Komunii św. A kiedy mimo to, przez czyjąś nieuwagę lub zamieszanie zdarzyło się, że Hostia lub jej cząstka upadła na podłogę, wówczas kapłan zatrzymywał się, przykrywał to miejsce korporałem i zostawiał przy nim ministranta z zapaloną świecą. Po udzieleniu Komunii św. wracał w to miejsce, klękał i z największym szacunkiem podnosił Najświętsze Ciało. Następnie, aby nie pozostały najmniejsze drobinki, obmywał wodą to miejsce i ze czcią całował. Resztki tej wielkiej czci dla Pana Jezusa można spotkać jeszcze w kościołach na Wschodzie. Tam, kiedy kapłan idzie komunikować przez środek kościoła, towarzyszy mu nie tylko jeden ministrant z pateną, ale i drugi trzymający świecę. I gdy przechodzi z Panem Jezusem wzdłuż kościoła wszyscy w pobliżu klękają. Jakże boleśnie kłóci się to z tą hardą i bezrefleksyjną postawą, jaką spotykamy coraz częściej w polskich kościołach, a która na Zachodzie przywodzi wielu do zupełnej ignorancji i braku czci dla Pana Jezusa.

      Tradycyjna pobożność i cześć dla Eucharystii

      O powrocie do tej dawnej czci dla Bożego Ciała i Najświętszej Jego Krwi przypomina ostatnio Ojciec Święty Benedykt XVI i wielu biskupów, którzy dostrzegając u całych mas katolików brak należytej troski o te sprawy, wypowiadają się za powrotem do tradycyjnych form udzielania i przyjmowania Komunii świętej. Mówi o tym m.in. ks. kard. Antonio Cañizares Llovera, prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. – Cóż to znaczy przyjmować Komunię świętą do ust? Co znaczy klęczeć przed Najświętszym Sakramentem lub podczas konsekracji w czasie Mszy świętej? Oznacza to adorację, oznacza uznanie prawdziwej obecności Jezusa Chrystusa w Eucharystii, oznacza szacunek i postawę wiary, w której człowiek pada przed Bogiem, ponieważ wie, że wszystko pochodzi od Niego; kiedy czujemy niemożność wyrażenia tego słowem, oniemiali w obliczu Jego cudowności, dobroci i miłosierdzia. Dlatego to nie to samo, co przyjąć Hostię na rękę. Co innego jest przyjmować Komunię w postawie klęczącej, co innego stojąc – stwierdził kard. Cañizares w wywiadzie dla hiszpańskiej gazety „La Razón”2.

      Czytając tę i wiele innych wypowiedzi najwyższych dostojników Kościoła, można odnieść wrażenie, że rozgorzała prawdziwa batalia o cześć dla Eucharystii. Nie powinno też nas to dziwić, tym bardziej, że coraz częściej słyszy się o prawdziwych świętokradztwach, jakich w wielu kościołach całego świata dopuszczają się prawdziwi ignoranci i otwarci wrogowie wiary. Do tych otwartych nadużyć i świętokradztw dochodzi niestety często na skutek powszechnej w wielu krajach praktyki udzielania Komunii św. na rękę. Wspomina o tym ks. abp Malcolm Ranjith, do niedawna Sekretarz Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. – Dochodzi do nadużyć w formie wynoszenia Najświętszych Postaci poza kościół, by posiadać je w domu jako pewnego rodzaju pamiątkę, są też i takie osoby, które odsprzedają je lub, co gorsza, wynoszą je celem dokonania profanacji podczas satanistycznych rytuałów.

      Tego rodzaju sytuacje nie są wcale fikcją. Zdarzało się już, że w czasie dużych celebracji w Rzymie znajdowano Najświętsze Postacie porzucone na ziemi – relacjonuje abp Ranjith. Jego ocena sytuacji nie pozostawia złudzeń, kiedy stwierdza, że możliwość przyjmowania Komunii świętej na rękę wszędzie tam gdzie stała się praktyką ogromnie przyczyniła się – co prawda powoli i stopniowo – do osłabienia postawy czci dla Eucharystii. I dodaje: – A właśnie uprzednia praktyka o wiele bardziej chroniła poczucie należnej czci. Na jej miejsce pojawił się wręcz alarmujący brak skupienia i świadomości, że dotyka się niepojętej tajemnicy. Dlatego obecnie można zauważyć, że wiele osób po przyjęciu Komunii świętej wraca na swoje miejsce tak, jakby nic nadzwyczajnego się nie stało. Najbardziej roztargnione są jednak dzieci i młodzież. W wielu przypadkach można także dostrzec brak powagi i wewnętrznego skupienia, które winny być sygnałem obecności Boga w ludzkiej duszy.3

      Tym samym ks. abp Ranjith dotknął jeszcze jednej kwestii związanej z dziękczynieniem po Komunii świętej. Wielu bowiem ludzi zamiast adorować przyjętego właśnie Pana Jezusa, wydaje się zupełnie obojętna na ten fakt i nie poświęca ani odpowiedniej uwagi, ani troski o to, by w skupieniu przez dłuższą chwilę oddać cześć Zbawicielowi. Praktyka dziękczynienia po Komunii świętej musi być wpajana już dzieciom pierwszokomunijnym, i to nie tylko w tym szczególnym dla nich dniu. One muszą mieć czas na skupienie po przyjęciu do swoich serc Pana Jezusa.

      Tymczasem, nieraz zdarza się, że w nerwowym pośpiechu i dla większej atrakcyjności tej uroczystości, dzieci muszą mechanicznie wykonywać jakiś z góry przyjęty plan. I tak, czego sam byłem świadkiem w pewnym kościele, ledwie zdążą przyjąć Komunię świętą i wrócą na swoje miejsce, a już pada komenda ze strony reżyserów całej uroczystości: Teraz wszyscy śpiewamy. Cóż bardziej niekonsekwentnego… Owszem śpiew jest ważny, ale w takiej chwili, kiedy dziecko ma w ustach Hostię, po raz pierwszy jest sam na sam ze Zbawicielem, mogłoby dostać choć tę małą chwilę na Jego adorację. Cisza i skupienie też mają swoją rację bytu, w nich człowiek adoruje Boga, nie zawsze musi to wyrażać śpiewem. A tak na marginesie, to wspaniała okazja do ćwiczenia cierpliwości, umiejętności zachowania przez chwilę ciszy, której tak bardzo brakuje dzisiaj naszym dzieciom.

      Przykład idzie z góry

      Musimy jednak zawsze pamiętać, że czci dla Pana Jezusa nasze dzieci uczą się od dorosłych. One widzą, jaką czcią starsi otaczają Najświętszy Sakrament i od nich przejmują wzorce Jego adorowania. Świadomi tego biskupi na czele z Ojcem Świętym podejmują właśnie wysiłki, aby przywrócić tę, zatraconą przez nowatorskie pomysły, prawdziwą cześć dla Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej. I mimo iż w wielu miejscach wcześniej dopuszczone zostały na mocy specjalnego wyjątku pewne praktyki, takie jak Komunia św. na rękę czy też w pozycji stojącej, nadal jednak obowiązuje – i wszyscy wierni mają do niej pełne prawo! – od wieków przyjęta w Kościele praktyka przyjmowania tego sakramentu w postawie klęczącej, do ust. Pisze o tym ks. bp Antoni Dydycz w słowie wstępnym do książki bp. Athanasiusa Schneidera Dominus est. – Tradycyjny sposób przyjmowania Komunii świętej w pozycji klęczącej i do ust, podkreślany także przez papieża Benedykta XVI, jest normą nadal obowiązującą w całym Kościele, o ile czego innego nie wymaga zdrowie albo okoliczności związane z przestrzenią – stwierdza ks. bp Antoni Dydycz. Sam zaś ks. bp Schneider we wspomnianej książce przytacza szereg argumentów i świadectw z odwiecznego nauczania Kościoła, historii liturgii, życia świętych oraz ostatnich papieży, którymi wskazuje na konieczność zachowania największej czci i pokory wyrażającej się postawą klęczącą podczas przyjmowania Komunii świętej.

      O tym jak wielką czcią święci otaczają Najświętszy Sakrament i z jaką troską winniśmy się do niego zbliżać, świadczą liczne przywołane przez autora wypowiedzi, z których cytujemy dwie: św. Jana Chryzostoma i św. Franciszka z Asyżu.

      Św. Jan Chryzostom zwracając się do kapłanów i diakonów: Jeśli ktoś z lekceważeniem zbliża się do Komunii, nie bój się, zabroń mu tego. Bój się Boga, a nie człowieka. Jeżeli boisz się raczej człowieka, to on cię wyśmieje; jeżeli natomiast boisz się Boga, będziesz szanowany także przez ludzi. Wolałbym raczej umrzeć niż podać Krew Pańską osobie niegodnej; przelać własną krew niż podać czcigodną Krew Pańską w sposób nieodpowiedni.4

      Św. Franciszek z Asyżu upominając osoby duchowne: Niech więc wszyscy szafarze tych najświętszych posług, zwłaszcza ci, którzy to czynią nieodpowiedzialnie, zastanowią się, jak liche są kielichy, korporały i obrusy, które służą do ofiary Ciała i Krwi Pana naszego. I wielu pozostawia [Ciało] w miejscach niewłaściwych, nosi w sposób godny opłakania i przyjmuje niegodnie, i udziela innym nieodpowiedzialnie. (…) Czy to wszystko nie przejmuje nas miłością, skoro sam Pan w swojej łaskawości daje siebie w nasze ręce i codziennie Go dotykamy i przyjmujemy naszymi ustami? Czyż nie wiemy, że musimy się znaleźć w Jego rękach?5

      Przytoczmy jeszcze słowa z Katechizmu Rzymskiego, wyjaśniające nauczanie św. Pawła Apostoła dotyczące Eucharystii: Spośród wszystkich świętych Tajemnic (…) nie ma takiej, którą można by porównywać z Najświętszym Sakramentem Eucharystii: dlatego nie ma większej zniewagi, która mogłaby wzbudzać gniew Boży, niż brak u wiernych poszanowania w traktowaniu Tajemnicy, która sama w sobie jest święta lub też która zawiera w sobie samego swojego Autora i Źródło świętości.6

      Papieska troska

      Jeden z najbliższych współpracowników Ojca Świętego Benedykta XVI – ks. Guido Marini, mistrz papieskich celebracji liturgicznych, zapytany w wywiadzie, dlaczego Papież udziela Komunii świętej do ust i na klęcząco, odpowiedział: – Jak wiadomo, udzielanie Komunii świętej na rękę pozostaje cały czas, z prawnego punktu widzenia, indultem do prawa kanonicznego, wydanym przez Stolicę Apostolską tym Konferencjom Episkopatów, które o to prosiły. I każdy wierny, również w razie obowiązywania ewentualnego indultu, ma prawo wybrać inny sposób przyjmowania Komunii. Benedykt XVI, rozpoczynając udzielanie Komunii do ust i na klęcząco z okazji uroczystości Bożego Ciała w ubiegłym roku, w pełnej zgodności z aktualnymi przepisami liturgicznymi pragnął być może podkreślić osobistą preferencję dla tego sposobu jej udzielania. (…) Można też wyczuć motywy tej preferencji: w ten sposób lepiej wyjaśnia się prawdę o rzeczywistej obecności Jezusa w Eucharystii, wspomaga się pobożność wiernych, łatwiej wprowadza się w sens Tajemnicy.7

      Sam zaś Ojciec Święty Benedykt XVI w homilii wygłoszonej podczas uroczystości Bożego Ciała w 2008 roku stwierdził: – Adorować Boga, Jezusa Chrystusa, który z miłości dla nas stał się chlebem, to najlepsze i najbardziej radykalne remedium przeciwko wczorajszym i dzisiejszym przejawom bałwochwalstwa. Paść na kolana przed Bogiem obecnym w Eucharystii oznacza wyznanie miłości. Kto składa hołd Jezusowi, ten nie musi kłaniać się żadnej ziemskiej potędze, choćby była największa. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Najświętszym Sakramentem, bo wiemy i wierzymy, że jest w nim obecny jedyny prawdziwy Bóg, który ten świat stworzył i tak bardzo umiłował, że dał nam swego Syna Jednorodzonego.8

      Na koniec, za bp. Schneiderem, przytoczmy jeszcze jedno wzruszające świadectwo z nie tak odległych nam czasów komunistycznego reżimu, który zwalczał Kościół i w sposób szczególny utrudniał posługę kapłańską na terenach byłego Związku Sowieckiego. Jest to modlitwa Marii Stang, matki i babci z Volga, która została deportowana przez komunistów do Kazachstanu, gdzie pozbawieni tej możliwości wierni z największą tęsknotą oczekiwali przyjęcia Komunii świętej: Tam, gdzie mieszka mój Najukochańszy Jezus, gdzie króluje w tabernakulum, tam nieustannie pragnę trwać na kolanach. Tam chcę się nieustannie modlić. Jezu, tak bardzo Ciebie kocham. Zakryta miłości, uwielbiam Ciebie. Miłości opuszczona, uwielbiam Ciebie. Miłości odrzucona, uwielbiam Ciebie. Miłości nieskończona, Miłości oddająca życie za nas na krzyżu, uwielbiam Ciebie. Najdroższy mój Panie i Zbawicielu, spraw, abym także i ja cała była miłością, cała wynagrodzeniem za Najświętszy Sakrament w sercu Twojej Najukochańszej Matki, Maryi. Amen.

      Sławomir Skiba

      Przymierze z Maryją, nr 46, 2009

      1 Cyt. za Athanasius Schneider, Dominus est. Refleksje biskupa z Azji Środkowej o Komunii świętej, Warszawa 2008,s. 45.

      2 „Nasz Dziennik”, środa, 17 grudnia 2008.

      3 Cyt. za Athanasius Schneider, Dominus est..., fragmenty z Wprowadzenia abp. Malcolma Ranjitha.

      4 Ibidem, s. 60.

      5 Ibidem, s. 61.

      6 Ibidem, 61-62.

      7 „Polonia Christiana”, nr 8, maj-czerwiec 2009.

      8 Cyt. za Athanasius Schneider, Dominus est..., s. 7.

      Źródło informacji: http://www.piotrskarga.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 21:07
    • Co się stało z katolicką Hiszpanią? cz. 1

       

      Przykład Hiszpanii powinien stanowić przestrogę dla tych wszystkich katolików, którzy nie widzą nic złego w lewicy, stale dążącej do wykorzenienia ich świętej wiary.

      Napływające od kilku lat informacje opisu­jące sytuację religij­ną i polityczną w Hiszpanii wzbudzają coraz większy niepokój. Kraj ten — poza krótkimi okresami Pierw­szej, a szczególnie Drugiej Republiki — przez wieki stanowił dla katolickich krajów Europy przykład, jak łączyć rację stanu ze świętą wiarą katolicką. Można by nawet zaryzyko­wać twierdzenie, że słowo „Hiszpania” było tożsame ze słowem „katolicyzm”, że stanowiło jego synonim. Do dziś zresztą dla wielu osób, niezbyt się orientujących w stosunkach panujących na Półwyspie Iberyjskim, jest to kraj ultrakatolicki. Turyści odwiedzający ojczyznę Cervantesa w okresie Wielkie­go Tygodnia są pod wrażeniem barwnych, wręcz fantastycz­nych uroczystości, pośród któ­rych wybija się procesja zakapturzonych pokutników. W Wiel­ki Czwartek i w Wielki Piątek na ulicach miasteczka San Vin­cente de la Sonsierra w pro­wincji La Rioja pojawiają się bosi biczownicy (picaos). We wszystkich tych obrzędach wyraźnie wyczuwa się śre­dniowieczny charakter, jed­nak pod tą barwną powłoką nie ma już żywej religijno­ści Hiszpanów.

      Biczownicy na ulicach San Vincente de la Sonsierra

      Obchody Wielkiego Tygo­dnia, jak i innych świąt reli­gijnych w Hiszpanii, sta­nowią dziś raczej spektakl dla przyciągnięcia turystów. W rzeczywistości kraj ten zaczyna mieć coraz mniej wspólnego z religią katolic­ką. Od kilku lat Hiszpania zmierza ku upadkowi reli­gijnemu, a co za tym idzie, również i moralnemu, sta­jąc się jednocześnie wzor­cem dla lewicowych „auto­rytetów” oraz postkomuni­stycznego SLD, notabene cieszącego się poparciem ze strony lewicowego premie­ra Hiszpanii Józefa Ludwika Rodrigueza Zapatero.

      Rządzący od marca 2004 r. za Pirenejami socjaliści z Hisz­pańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (Partido Socjalista Obrero Espańol, PSOE) swoją polityką przypominają wręcz najgorsze lata terroru Dru­giej Republiki. Nie dokonują wprawdzie fizycznych gwałtów na Kościele, które były dzie­łem ich ideowych protoplastów sprzed siedemdziesięciu kilku lat, ale — tak samo jak Front Ludowy z lat 30. — dążą do całkowitego wyeliminowania katolicyzmu z życia społeczne­go w imię nowej religii — tole­rancji — która ma działać jedy­nie na rzecz szeroko pojętego „postępu” społecznego i oby­czajowego.

      Rządzącej od marca 2004 r. lewicy Hiszpanie „zawdzięcza­ją” m.in. aborcję na życzenie’, „małżeństwa” sodomitów” i pra­wo adoptowania przez takie pary dzieci”. Jakby tego było mało, trwają prace nad nowy­mi projektami, które pozwo­lą na dokonywanie aborcji nawet przez kilkunastoletnie dziewczęta bez zgody rodziców. Homoseksualiści uzyskali sze­reg przywilejów w państwie; można wręcz mówić o promo­waniu przez hiszpańskie eli­ty dewiacyjnych zachowań, pojawia się swoista „moda na homoseksualizm”. Sodomickiej indoktrynacji poddawani się obowiązkowo uczniowie hisz­pańskich szkół publicznych’, a nawet próbuje się narzucić tę indoktrynację szkołom i insty­tucjom prywatnym, w tym i kościelnym.

      Gorsząca w powszechnym odczuciu sytuacja prowadzi do zdecydowanych wystąpień nawet tych osób, które unikały do tej pory wypowiedzi na bie­żące tematy polityczne. Przy­kładem może być królowa Zofia, która swoim wystąpieniem, może nie tyle antyhomoseksual­nym, co skierowanym przeciw­ko natrętnej propagandzie ze strony „tęczowego środowiska”, bardzo mu się naraziła5.

      Lewicowe władze hiszpań­skie, niepomne na słowa swo­jej królowej, kontynuują ide­ową destrukcję tego wspania­łego kraju, będącego jeszcze do niedawna wzorem religijności dla Europy. Na łamach lewico­wej prasy pojawiają się arty­kuły, których autorzy napastli­wie atakują Kościół, wykazu­jąc wręcz antykatolickie fobie, czego przykładem może być artykuł Jana Ludwika Cebrina, opublikowany na łamach „El Pais” i oczywiście skwapli­wie przedrukowany w „Gazecie Wyborczej”.

      Każdy, kto przeciwstawia się „postępowym” władzom w Madrycie, w ich mniemaniu powinien zostać surowo ukara­ny. Przykładem jest tu choćby projekt rządu premiera Zapate­ro, który pozwoliłby na wymie­rzanie dotkliwych kar finanso­wych, a nawet odbieranie licen­cji tym lekarzom, którzy w zgo­dzie z przysięgą Hipokratesa i zasadą primum non nocere mieliby „zbyt uporczywie prze­dłużać życie człowieka”. Kara spotkała jednego z hiszpań­skich sędziów, który nie godził się na przyznanie prawa do adopcji trzyletniej dziewczyn­ki przez parę homoseksualną”. Ponadto próbuje się zakazy­wać katolikom manifestowania swojego sprzeciwu względem aborcji”. Jakby tego było mało, nie tak dawno grupa działaczy komunistycznych i Zielonych z Katalonii przedłożyła w jednej z komisji Kortezów (parlament hiszpański) projekt potępienia Benedykta XVI za to, że papież odrzucił używanie prezerwatyw w kontekście zwalczania AIDS. Projekt ten wprawdzie przepadł w głosowaniu (nie poparli go nawet socjaliści, wstrzymując się od głosu 10), ale czy nie otwo­rzy on drogi dla innych inicja­tyw tego typu?

      We wrześniu 2008 r. socjali­styczny rząd hiszpański, wbity w bezpodstawną dumę z powo­du wygranych kilka miesięcy wcześniej wyborów do Korte­zów, które tym samym przedłu­żyły o kolejne cztery lata wła­dzę premiera Zapatero i jego towarzyszy, zdecydował się na przeforsowanie nowej ustawy o „planowaniu rodziny”, która ma znieść wszelkie ogranicze­nia prawne dotyczące aborcji”. W zalecanym przez hiszpańską minister równości Bibianę Aido Almagro poradniku dla dzie­więcioletnich dziewczynek czy­tamy: „Nie ma wyznaczonego wieku ani momentu dzielenia się naszą seksualnością. Nie narzucaj sobie tego i nie pozwa­laj, by inni ci to narzucali. To twoja decyzja. (…) Jesteś panią twoich uczuć, twojego ciała, twojej przyjemności i twoje­go życia. (…) Jeśli nie chcesz [dziecka], udaj się jak najszyb­ciej do ośrodka planowania rodziny albo do ośrodka zdro­wia. Tam ci pomogą”12.

      Można zadać sobie pytanie, kto jest temu winien? Czy tyl­ko premier Królestwa Hiszpa­nii Rodriguez Zapatero oraz jego ugrupowanie? A może współodpowiedzialni są rów­nież przedstawiciele środowisk politycznych, wyrosłych na bazie frankizmu, winni zdrady ideałów Movimiento Nacional”, za które swoje życie oddali naj­wierniejsi z wiernych synowie surowej kastylijskiej ziemi, pięknej Andaluzji, arcykatolic­kiej Nawarry i innych prowin­cji leżącego za Pirenejami kra­ju? Aby na to pytanie odpowie­dzieć, musimy choćby w wiel­kim skrócie prześledzić dzieje Hiszpanii.

      Inwazja wojsk napoleońskich wywołała przebudzenie świadomości narodowej szerokich rzesz społecznych w Hiszpanii. Na ilustracji: Antoni Jan Gros, Poddanie Madrytu (fragment, 1810)

      Hiszpania, będąca u progu czasów nowożytnych impe­rium światowym i mająca za sobą wieki zmagań z islamem (reconquista), stała się obiek­tem szczególnego ataku ze strony państw zazdrosnych o jej wielkość. To właśnie od XVI stulecia istnieje tzw. czar­na legenda (la legenda negra), która upatrywała w Hiszpanach moralnych karłów, dewotów i morderców Indian w Nowym Świecie. Interesujący jest fakt, że niebawem temu stereotypo­wi zaczęli ulegać również sami Hiszpanie, a przynajmniej ich część mieniąca się „bardziej oświeconą”. Krytyka Hiszpa­nii wzmogła się w wieku XVIII, w tym „wieku rozumu”, kiedy za Pireneje trafiła myśl czo­łowych ideologów przewrotu, m.in. Woltera i Jana Jakuba Rousseau. Nastąpiło wówczas „sfrancuzienie” elit, którym zaczęło przeszkadzać prawo oparte na religii. Wybuch rewo­lucji francuskiej przyśpieszył działania hiszpańskich afrance­sados (`frankofilów’), którzy nie ukrywali swoich sympatii do Napoleona I i poczęli przygoto­wywać Hiszpanię do zmian.

      Inwazja wojsk napoleoń­skich w 1808 r. zapoczątkowa­ła nowy etap w historii Hisz­panii. W konsekwencji najaz­du z jednej strony przebudziła się świadomość narodowa sze­rokich rzesz społecznych, któ­re zaciekle walczyły z trójko­lorową okupacją swojej ojczy­zny. Z drugiej — na społeczeń­stwo Hiszpanii ze zdwojoną siłą zaczęły oddziaływać gru­py rewolucyjne. Często byli to hiszpańscy jakobini, których od Napoleona I odstręczała jego „zachowawczość”. „Postępow­cy” ci próbowali przejąć ster walki z francuskim najeźdźcą. Zdając sobie doskonale spra­wę z roli Kościoła katolickie­go wśród ludu hiszpańskiego, początkowo zachowywali wobec niego powściągliwość. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie, gdy Francuzi zaczęli ponosić poraż­ki. Słynna konstytucja, uchwa­lona w Kadyksie w 1812 r., była dokumentem rewolucyjnym. Wprawdzie uznawała władzę króla Ferdynanda VII, ale była to władza, zgodnie z duchem oświeceniowym, mocno ograni­czona. Jednocześnie wypowie­dziano się zdecydowanie prze­ciwko Świętej Inkwizycji.

      Kiedy Francuzi wycofali się z Półwyspu Iberyjskiego, rewo­lucjoniści przystąpili do działa­nia. Skierowano oręż przeciwko Kościołowi i królowi, żądając od niego wierności zasadom kon­stytucji 1812 r. Władca Hisz­panii nie zamierzał ustępować, co w 1820 r. doprowadziło do rewolty Rafała de Riego, dość szybko jednak spacyfikowanej. Mogło się wydawać, że dopó­ki żyje król, państwu nie grozi żaden wstrząs rewolucyjny, jed­nak niebawem okazało się, że monarcha zaczyna ulegać śro­dowisku „postępowców”. Zgod­nie z prawem po śmierci króla tron miał przypaść jego młod­szemu bratu, don Carlosowi. Niespodziewanie jednak Ferdy­nand przedłużył sankcję prag­matyczną Karola IV z 1789 r., czyniąc następcą tronu swo­ją małoletnią córkę Izabelę”. Można by uważać, że posunię­cie to nie oznaczało nic nowego, gdyż znane były w historii sytu­acje, gdy to kobiety dziedziczy­ły tron (vide Jadwiga Andega­weńska czy Maria Teresa). Cho­dziło jednak o coś więcej. Otóż w 1837 r., czyli w roku śmier­ci Ferdynanda VII, jego córka miała zaledwie cztery lata i było jasne, że w jej imieniu rządy będzie sprawować jako regent­ka jej matka, Maria Krystyna. Otoczenie polityczne królowej­-wdowy nie nastrajało do opty­mizmu. Aktywne było w nim środowisko polityczne zapa­trzone w liberalną monarchię francuską Ludwika Filipa Orle­ańskiego.

      Zaistniałej sytuacji przeciw­stawił się brat zmarłego króla, pretendent do tronu — don Car los. Doprowadziło to do wojny, nazwanej od jego imienia woj­ną karlistowską. Konflikt mię­dzy don Carlosem a bratową­-regentką był nie tyle walką o to, kto ma panować w Hisz­panii, co starciem dotyczącym fundamentalnych zasad, na których miała się opierać Hisz­pania. Obóz krystynosów, czy­li zwolenników regentki Marii Krystyny, skupiał zwolenników modernizacji Hiszpanii na fran­cuską modlę, co prowadziłoby bez wątpienia nie tylko do nie­bywałych zmian politycznych w duchu Tricolore, lecz także do naruszenia pozycji Kościo­ła na Półwyspie Iberyjskim. Karliści, czyli zwolennicy don Carlosa, a później jego następ­ców, opowiadali się za tym, co stanowiło zawsze kwintesencję hiszpańskości: sojuszu ołtarza z tronem oraz poszanowania lokalnych praw (fueros) przez władze w Madrycie, co gwaran­towało zdecentralizowany cha­rakter państwa.

      Wszystkie wojny karlistow­skie kończyły się jednak zwy­cięstwem „postępowców”. Hiszpania pod rządami królo­wej regentki Marii Krystyny, generałów Baldomero Espar­tero i Ramóna Marii Narváeza, a wreszcie Izabeli II, przecho­dziła gwałtowną metamorfozę. Wprawdzie zachowała opinię kraju katolickiego, ale katoli­cyzm ten stawał się coraz bar­dziej liberalny. Prawdziwym szokiem dla wiernych Kościoło­wi Hiszpanów było ustanowie­nie w 1873 r. Republiki. Na cze­le nowych władz stanęli ludzie związani z masonerią, traktują­cy katolicyzm jak wroga, które­go jednak chwilowo nie należy zbyt mocno atakować.

      Żywot Pierwszej Republiki nie trwał długo: już w 1874 r. upadła w wyniku tarć wśród jej założycieli. Do Madrytu przybył don Alfonso, siedem­nastoletni syn Izabeli II, któ­ry został królem Hiszpanii. Następne półwiecze można nazwać okresem względnej sta­bilizacji i sojuszu czynników rządowych z Kościołem, cho­ciaż na nieco innych zasadach niż w czasach Los Reyes Cató­licos — Karola V, Filipów czy pierwszych Burbonów. Baczni obserwatorzy życia społeczno­-politycznego w Hiszpanii mogli jednak już pod koniec XIX stulecia dostrzec niepoko­jące symptomy tego, co z całą mocą wybuchnie w roku 1931.

      Na II połowę XIX stule­cia przypadł gwałtowny roz­wój ruchu anarchistyczne­go, stawiającego sobie za cel zniszczenie nie tylko państwa, ale i Kościoła, który w oce­nie uczniów Bakunina” stano­wił podporę monarchii. W tym okresie zorganizowali się rów­nież marksiści, tworząc PSOE oraz centralę związków zawo­dowych o nazwie Powszech­na Unia Pracujących (Unión General de Trabajadores). War­to w tym miejscu wspomnieć o działalności lewicowych intelektualistów, często ściśle powiązanych z masonerią, któ­rych bastionem stało się m.in. madryckie Ateneum”. To wła­śnie z wyżej wspomnianych śro­dowisk wyjdzie pożoga rewolu­cyjna 1931 r., a następnie jej kontynuacje w 1934 i 1936 r.

      Wydarzenia rewolucyjne roku 1909, które przeszły do historii jako „tragiczny tydzień” (semana trágica), czy też zaj­ścia z roku 1917 były jak gdyby wstępem do rewolucji, skiero­wanej przeciw Hiszpanii, jej tra­dycji i wierze. Trudna sytuacja społeczno-polityczna Hiszpanii, spotęgowana na początku lat 20. wojną w Maroku ze zbunto­wanymi plemionami północno­afrykańskimi, groziła w każdej chwili wybuchem rewolty. Obję­cie dyktatorskiej władzy przez gen. Emanuela Prima de Riverę y Orbaneję we wrześniu 1923 r. na kilka lat uspokoiło sytuację, jednak wraz z pojawieniem się za Pirenejami pierwszych oznak światowego kryzysu gospodar­czego agenci rewolucji rozpo­częli akcję zarówno przeciwko dyktatorowi, jak królowi Alfon­sowi XIII. Niepokojąca była postawa części korpusu oficer­skiego, który wystąpił przeciw­ko Primowi de Riverze. U pro­gu 1930 r. w szeregach wojska można było znaleźć wielu zde­klarowanych masonów i repu­blikanów, takich jak m.in. kpt. Fermin Galán, gen. Michał Cabanellas czy też gen. Gonzalo Queipo de Liano y Sierra. Ostat­ni dwaj w 1936 r. wraz z inny­mi oficerami wystąpią jednak zbrojnie przeciwko skrajnie lewicowemu gabinetowi spod sztandaru Frontu Ludowego (Frente Popular).

      Proklamowanie w kwiet­niu 1931 r. Drugiej Republi­ki spowodowało niespotyka­ne od dawna ataki na Kościół, jak i na to wszystko, co świad­czyło do tej pory o wielkości Hiszpanii. Złączyły się ze sobą dwa antyklerykalizmy: ludo­wy, podsycany przez agitato­rów anarchistycznych i mark­sistowskich, oraz intelektualny, wybitnie masoński, na czele ze swoim guru Emanuelem Azañą y Diazem, który na nieszczęście Hiszpanii został jej premierem w 1931 r.

      Rozprawa z Kościołem, połą­czona z brakiem konkretnych działań wobec problemów społeczno-ekonomicznych Hisz­panii, spowodowała, że ugru­powania lewicowe pod koniec 1933 r. przegrały wybory do Kortezów. Zwycięzcą okazał się lider zjednoczonej Hiszpańskiej Konfederacji Niezależnej Prawi­cy (Confederación Española de Derechas Autónomas, CEDA), młody prawnik Józef Maria Gil Robles, któremu jednak nie było dane stanąć na czele rzą­du ani nawet objąć teki mini­stra. Ówczesny prezydent Ani­cet Alcalá-Zamora, wprawdzie katolik, ale człowiek bojaźliwy, z obawy przed wzrostem nie­pokojów społecznych nie zgo­dził się na wejście CEDA do centrowego rządu przywód­cy Partii Radykalnej Aleksan­dra Lerroux. Można się dzisiaj zastanawiać, czy ta taktyka była właściwa, ale nie ulega wątpli­wości, że siły skrajnej lewicy czekały jedynie na pretekst, aby wzniecić krwawą, antyrządową rewoltę. Gdy w 1934 r. pojawiły się pogłoski o wejściu do rządu kilku działaczy centroprawicy, Katalonia i Asturia pogrążyły się w krwawej rewolucji. Ata­kowano instytucje państwowe, atakowano Kościół, na ulicach asturyjskiego Oviedo, jak i na ulicach innych miast hiszpań­skich zapanowało barbarzyń­stwo.

      W tym trudnym dla Hiszpa­nii okresie doszło po raz pierw­szy do konsolidacji sił przewro­tu społecznego, skupionych w tzw. Sojuszu Robotniczym (La Alianza Obrero). Zaczę­ła rosnąć w siłę Komunistycz­na Partia Hiszpanii (Partido Comunista de España, PCE). Tó właśnie pomysłem komuni­stów było utworzenie Frontu Ludowego, czyli porozumienia politycznego skupiającego lewi­cę oraz przedstawicieli „intelek­tualnego antyklerykalizmu”, dążącego do przejęcia władzy nad Tagiem. W lutym 1936 r. odbyły się przyśpieszone wybo­ry do hiszpańskich Kortezów, które przyniosły nieco więcej głosów dla Frontu Ludowego. Ordynacja wyborcza była skon­struowana na korzyść bloków politycznych, co opłaciło się właśnie występującej w koali­cji lewicy i centrolewicy Wie­lonurtowa prawica hiszpańska, mimo uzyskania tylko nieznacz­nie słabszego wyniku, była roz­bita, co przełożyło się na zdecy­dowanie mniejszą liczbę man­datów w parlamencie.

      Panem sytuacji stał się nie­kwestionowany lider wchodzą­cej w skład Frontu Ludowego antykatolickiej Lewicy Repu­blikańskiej (Izquierda Repu­blicana, IR) Emanuel Azaña y Díaz. W Hiszpanii rozpoczę­ło się okrutne prześladowanie Kościoła, a państwo szybko zmierzało w stronę lewicowego totalitaryzmu. W lipcu 1936 r. wybuchło powstanie narodo­we w obronie tego, co niegdyś tworzyło wielkość Hiszpanii, a teraz znalazło się na margine­sie życia społecznego. Okazało się jednak, że lewica dysponuje niemałą siłą zbrojną, na skutek czego powstanie przerodziło się w wyczerpującą cały kraj, bli­sko trzyletnią wojnę domową. W obozie republikanów doszło do niebywałego wzmocnienia wpływów komunistów kosztem innych ugrupowań lewicowych. Było to rezultatem ingerencji w sprawy hiszpańskie Związku Sowieckiego, zainteresowanego rozbudową stref wpływów na drugim krańcu Europy. Sowie­ci, wysyłający do Madrytu broń i inne środki, niezbędne do pro­wadzenia wojny, uzyskali de facto kontrolę nad lewicowy­mi siłami zbrojnymi, czyli tzw. Armią Ludową (Ejercito Popu­lar), oraz nad policją politycz­ną, coraz bardziej upodabniają­cą się do sowieckiej czerezwy­czajki.

      Wojna hiszpańska lat 1936­-1939 często bywa nazywana przez publicystów (rzadziej przez historyków) o poglądach zdecydowanie antylewicowych, „krucjatą”. Walkę w obronie podeptanej, stłamszonej reli­gii katolickiej trudno nazwać inaczej — trzeba jednak pamię­tać, że ówczesne społeczeń­stwo hiszpańskie było spolary­zowane ideologicznie. Sympa­tie wobec obozu narodowego, któremu od końca września 1936 r. przewodził gen. Fran­ciszek Franco y Bahamonde, występowały wśród arystokra­cji, części mieszczaństwa oraz chłopstwa; z frankizmem iden­tyfikowała się katolicka Nawar­ra oraz Stara Kastylia. Nato­miast obóz przeciwny popiera­ła zdecydowana większość pro­letariatu wielkoprzemysłowe­go Nowej Kastylii i Katalonii, andaluzyjscy chłopi i część śro­dowiska intelektualnego, szcze­gólnie młodego pokolenia, dla którego zresztą wcześniej uku­to termin „Pokolenie ’27″.

      Wraz ze zwycięstwem gen. Franco i zakończeniem woj­ny polaryzacja ta nie została zlikwidowana. Można jedynie mówić o jej chwilowym przy­tłumieniu, charakteryzującym trudne lata 40. i pierwszą poło­wę lat 50. Stopniowe wychodze­nie Hiszpanii z izolacji między­narodowej oraz objęcie rządów przez grupę tzw. technokratów z Opus Dei w końcu tej dekady stanowi klucz do zrozumienia obecnej sytuacji za Pirenejami.

      Ministrowie technokraci postawili na szybki rozwój ekonomiczny Hiszpanii, któ­rego upatrywali w turystyce. W latach 60. Hiszpania prze­żyła istny boom w tej dziedzi­nie. Cudzoziemcy zostawiali w Hiszpanii nie tylko pienią­dze, ale również prezentowali bardzo swobodny styl życia, co nie pozostało bez wpływu na Hiszpanów.

      Lata 60. to również czas obrad II Soboru Watykańskie­go, który wprowadził rewolu­cyjne wręcz zmiany w Koście­le. Opus Dei była entuzja­stycznie nastawiona do zmian skierowanych przeciw Tradycji i wojującemu obliczu katolicy­zmu. Postanowienia Vaticanum II utrzymane w duchu „praw człowieka” uderzały również w tego, który stanął na czele obrońców religii w 1936 r. ­w gen. Franco.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 20:08
    • Co się stało z katolicką Hiszpanią? cz. 2

       

      W Hiszpanii rewolucję polityczną wywołało nauczanie soborowe, a szczególnie konstytucje Dignitatis humanae oraz Gaudium et spes. Znaczącą rolę w tym procesie odegrało Opus Dei, które po Vaticanum II zaczęło propagowac rozwój w Hiszpanii tzw. społeczeństwa otwartego, opartego na pluralizmie światopoglądowym i wolności religijnej. Na ilustracji: ks. Josemaria Escrivá de Balaguer, założyciel Opus Dei

      Następstwem II Soboru Watykańskiego był rozbrat cau­dillo z hierarchią Kościoła hisz­pańskiego, która w dużej części przeszła na stanowiska wręcz jawnie opozycyjne wobec wła­dzy. Hiszpański Kościół poso­borowy stał się azylem dla wro­gów systemu, wśród których można było spotkać również zdeklarowanych ateuszy. Insty­tucje kościelne otwierały swe podwoje dla komunistycznych Komisji Robotniczych (Comis­siónes Obreras) i różnej maści kontestatorów.

      Wpływ Vaticanum II na porzucenie przez Kościół fran­kizmu zwrócił uwagę nawet historyków, których trudno posądzić o „prawicowość”17, a znany hiszpański socjolog, Wiktor Pérez-Díaz, pisał wprost na ten temat: „Od śmierci Piu­sa XII Kościół hiszpański coraz bardziej rozmijał się z tenden­cjami dominującymi w większo­ści zachodnich Kościołów, łącz­nie z samym Watykanem. (…) Choć wiedziano o tym i dysku­towano w wąskich gremiach, rozdźwięk ten objawił się tak jasno w toku II Soboru Waty­kańskiego, że stał się on dla Kościoła hiszpańskiego trau­matycznym szokiem, bo więk­szość jego biskupów przyby­ła nań przekonana, że stano­wi uosobienie ortodoksji. Oka­zało się jednak, że musieli się pogodzić z pewnym zażeno­waniem z faktem, że są zbęd­ni i nieistotni. Wykorzystując sytuację, księża i świeccy lepiej rozumiejący ducha czasów, lub jak powiadali «tchnienie Ducha Świętego» (sic!), skłaniali star­sze pokolenie biskupów i prze­łożonych zakonów do intelektu­alnej, moralnej i organizacyjnej odnowy, grożąc otwartą rebelią. Zarówno baskijscy nacjonaliści, demokraci, jak i lewicowcy róż­nych obediencji wzywali na róż­ne sposoby Kościół, by zrewido­wał strukturę władzy kościel­nych instytucji, definicję swej roli w społeczeństwie, a przede wszystkim swój sojusz z franki­stowskim państwem”18.

      Tak się złożyło, że niebawem duża część duchowieństwa hisz­pańskiego poszła za tym gło­sem „odnowy”, w wyniku czego generał Franco przestał być, w ich mniemaniu, obrońcą wia­ry. W pewnym stopniu wpły­nęła na to również niechęć do caudillo samego papieża Paw­ła VI19. Przeciwko generało­wi Franco wystąpiło również Opus Dei, które po Vaticanum II zaczęło propagować rozwój w Hiszpanii tzw. społeczeństwa otwartego, opartego na plurali­zmie światopoglądowym i wol­ności religijnej.

      Wsparcie dla liberalizmu w „Dziele Bożym” było widocz­ne jeszcze na długo przed zwo­łaniem II Soboru Watykańskie­go. Zresztą sam założyciel Opus Dei, Josemaria Escrivá de Bala­guer, był przez wielu kojarzony jako przecierający szlaki Vati­canum II20. W szeregach Opus Dei znalazło się wielu hiszpańskich działaczy politycznych, w tym tak wpływowe osoby, jak Emanuel Fraga Iribarne, frankistowski minister turystyki, współodpowiedzialny za pogrzebanie idei 1936 roku po śmierci caudillo21. Jak celnie wskazał Adam Wielomski: „W Hiszpanii rewolucję polityczną — owocu­jącą nie tylko rozpadem fran­kizmu, ale śmiercią Hiszpanii katolicko-kontrrewolucyjnej ­wywołało nauczanie soboro­we, a szczególnie konstytucje Dignitatis humanæ oraz Gau­dium et spes . Może zresztą nie chodzi o same dokumenty sobo­rowe, lecz wszechobecny duch soboru, cechujący się afirmacją wszelkiego religijnego nowa­torstwa”22.

      Wielu hierarchów, zgodnie z „duchem soboru”, dawało i nadal daje przykład swojej ignorancji historycznej i chęci układania się za wszelką cenę z lewicowymi władzami, cze­go przykładem może być choć­by postawa biskupów, którzy przeprosili za milczenie, jakim Kościół katolicki otoczył spra­wę egzekucji 14 baskijskich księży, dokonanej przez oddzia­ły nacjonalistów w czasie wojny domowej23. Innym przykładem, świadczącym o tym, że niektó­rzy duchowni hiszpańscy prze­chodzą jeszcze bardziej na stro­nę lewicowej władzy, jest wyda­nie przez opactwo benedyktyń­skie Santa Cruz del Valle de los Caidos zakazu odprawiania uro­czystych Mszy św. w intencji spoczywających w Dolinie Pole­głych gen. Franco i przywódcy Falangi Hiszpańskiej (Falange Española) Prima de Rivery24. Zmiany posoborowe doprowa­dziły również do kolosalnych przeobrażeń w łonie najbardziej katolickiego środowiska, jakie od lat trzydziestych XIX stule­cia reprezentowali karliści. Gdy zabrakło im duchowego wspar­cia Kościoła, niektórzy z nich poczęli nawet dryfować w stro­nę… marksizmu.

      Można więc skonstatować, że to Kościół po Vaticanum II oraz grupa działaczy wywodzących się z frankizmu w dużej mie­rze przyczynili się do rozwodu między hiszpańskim państwem a religią katolicką. Szczególnie interesujący jest tu niechlubny udział króla Jana Karola, który zawdzięczał tron właśnie cau­dillo. Wnuk wypędzonego przez republikanów Alfonsa XIII przy­sięgał na wierność Movimiento Nacional25, zobowiązując się tym samym do utrzymania Hiszpanii w konstrukcji poli­tycznej, której twórcą był gen. Franco” — jednak już nieca­ły rok później dał się poznać jako zwolennik szeroko pojętej demokratyzacji i liberalizmu. Można w związku z tym posta­wić pytanie, które swego czasu sformułował historyk Jan Kie­niewicz, specjalista w zakresie dziejów Hiszpanii: „Czy zatem wybrany następca Juan Carlos de Borbón zawiódł jego [Fran­co] oczekiwania? Złamał złożo­ne przysięgi?”27.

      Monarchia w Hiszpanii zosta­ła wprawdzie przywrócona już w 1947 r.28, lecz była to monar­chia bez króla, z gen. Franco jako „wodzem ostatniej krucja­ty i hiszpańskości”29 (el Cau­dillo de la Última Cruzada y de la Hispanidad). W lipcu 1969 r. Franco zdecydował się na wyznaczenie króla, mające­go być jednocześnie jego kon­tynuatorem. Wybór padł wła­śnie na 31-letniego Jana Karo­la z dynastii Burbonów, który do roli przyszłego monarchy był wprawdzie przygotowy­wany już od końca lat 40., ale gen. Franco długo nie wyjawiał decyzji, chcąc zapewnić sobie swobodę ruchów politycznych. Można w tym miejscu zadać sobie pytanie, czy była to wła­ściwa decyzja caudillo?

      Generał Franco był monar­chistą, co nie ulega żadnej wątpliwości. Chcąc przywró­cić królestwo, mógł oprzeć się właściwie tylko na przedstawi­cielu linii Burbonów, panują­cej w Hiszpanii od 1700 roku3°. Jan Karol był wnukiem ostat­niego króla Alfonsa XIII, ale w grę, przynajmniej teoretycz­nie, wchodził też jego ojciec don Juan, reprezentujący jed­nak poglądy bardzo liberal­ne31, a w manifeście z Lozan­ny (1945) wzywający genera­ła Franco do rezygnacji z wła­dzy32, oraz don Hugo Karol de Borbón-Parma33. Franciszek Franco, decydując się na spra­wowanie pieczy nad Janem Karolem, liczył, że stanie się on godny dziedzictwa wielkich królów katolickich. Najwidocz­niej przywódca Hiszpanii nie wziął pod uwagę wpływu libe­ralnego ojca. Sygnałem ostrze­gawczym było w tym wypadku, niekonsultowane z gen. Fran­co, małżeństwo Jana Karola ze schizmatyczką, księżniczką Zofią Grecką, zawarte w 1962 r. Wprawdzie Zofia dokonała kon­wersji na katolicyzm, ale wyda­rzenie to mogło wielu wnikli­wych obserwatorów poczynań młodego Burbona pozbawić złudzeń co do kierunku jego polityki po śmierci Franco.

      W lipcu 1969 r. Jan Karol został ogłoszony następcą cau­dillo34, a kilka miesięcy póź­niej odebrał odznakę falangi­stowską, co miało oznaczać, że będzie kontynuatorem linii Franco35. Przez następne lata przygotowywał się do sprawo­wania władzy, którą ostatecz­nie objął w listopadzie 1975 r., po śmierci generała. W cią­gu pierwszych miesięcy swo­jej władzy wprawdzie nie spo­wodował gwałtownych zmian w Hiszpanii, ale przygotował sobie trwałe zaplecze politycz­ne, dzięki któremu mógł naru­szyć konstrukcję frankistow­skiej Hiszpanii. Zaplecze to tworzyli coraz bardziej odcho­dzący od zasad ruchu narodo­wego młodzi działacze politycz­ni, wśród których wyróżniał się czterdziestokilkuletni Adolf Suárez y González; jemu to w lipcu 1976 r. król powierzył ster rządów.

      Od tej pory demontaż franki­stowskiej Hiszpanii postępował z piorunującą szybkością. Zale­galizowano ugrupowania opo­zycyjne, w tym Komunistyczną Partię Hiszpanii. Niebawem na Półwysep Iberyjski powrócili, chełpiący się swoim rzekomym moralnym zwycięstwem, dzia­łacze lewicowi z Dolores Ibár­ruri y Gómez, czyli słynną „La Pasionarią”, na czele. Miała ona w latach 30. zachęcać kobie­ty do „wyzwalania” się z mał­żeństw” i nalegać na wieszanie wrogów politycznych”. W kra­ju pojawił się też Jakub Caril­lo, w czasie hiszpańskiej wojny domowej odpowiadający za masowe aresztowania i egze­kucje”. Niebawem katolicyzm przestał być religią panującą, a Hiszpania stała się państwem „tolerancji i praw człowieka”. Część żołnierzy gen. Franco, kierując się chrześcijańskim przebaczeniem, pojednała się z przeciwnikami. Wojna domo­wa stała się wręcz tematem tabu, doszło nawet do swoiste­go synkretyzmu pomnikowego, gdyż obok monumentów cau­dillo odsłaniano pomniki Inda­lecio Prieto y Tuero (jednego z przywódców PSOE) czy „hisz­pańskiego Lenina” — Francisz­ka Largo Caballero.

      Nie wszyscy godzili się na zniweczenie frankizmu, cze­go przykładem była nieuda­na próba zamachu stanu płk. Antoniego Tej era y Moliny w lutym 1981 r.39 Król jednak dał się poznać jako rzecznik nowej, synkretycznej Hiszpa­nii. W roku następnym wybory do Kortezów przyniosły zwy­cięstwo socjalistom, których lider, Filip González Márquez, został pierwszym od ponad 40 lat premierem wywodzą­cym się z lewicy. Dzisiaj często porównuje się rząd socjalisty Gonzáleza z rządem socjalisty Zapatero4°. Wszelkie porówna­nia wypadają zdecydowanie na korzyść tego pierwszego, który przy Zapatero wygląda tak, jak Kiereński przy Leninie, ale nie można zapominać, że Zapatero rozpoczął działalność politycz­ną właśnie w partii ówczesne­go premiera (w latach 1982­1996) Gonzáleza oraz w demo­kratycznym systemie politycz­nym, skonstruowanym w opar­ciu o porozumienie partii opo­zycyjnych z partiami wyrosłymi na bazie frankizmu, który trak­towany był przez te ugrupowa­nia jako balast.

      Obecny premier Hiszpanii czekał na swój czas. Fasadowa zgoda narodowa i pomnikowy synkretyzm z pewnością dla niego, ale i dla wielu innych ludzi lewicy miały być jedy­nie stanem przejściowym. Po 14 długich latach rządów socja­listów, w 1996 r. władzę w Hisz­panii przejęła chadecka Partia Ludowa (Partido Popular, PP), której założycielem był eks­-frankista Emanuel Fraga Iri barne. Pozycja tego ugrupowa­nia była właściwie niezagrożo­na aż do 11 marca 2004 r., gdy zamachy terrorystyczne doko­nane przez islamistów spowo­dowały gwałtowną zmianę pre­ferencji wyborczych i zwycię­stwo PSOE, rządzonej teraz już nie przez pragmatyka Gonzále­za, ale przez lewicowego eks­tremistę, nawołującego do „roz­prawy z frankizmem” po blisko 30 latach od śmierci jego twór­cy, wnuka „czerwonego” kapi­tana z czasów wojny domowej — Józefa Ludwika Rodrigueza Zapatero.

      Skutek prawie sześciu lat rządów towarzysza Zapatero41 jest nam już doskonale zna­ny. Jakie kolejne przykre nie­spodzianki czekają Hiszpanię? Kadencja Kortezów upływa dopiero w marcu 2012 r. W tym czasie proces destrukcji tego wspaniałego kraju, który przez wieki był przykładem dla kato­lików, może przybrać naprawdę nieobliczalne rozmiary. Pozy­tywnym skutkiem lewackich rządów jest jednak zmiana postawy Kościoła w Hiszpanii, który zaczyna porzucać zgub­ną dla siebie politykę akcep­tacji lewicy, wracając ponie­kąd do swoich korzeni42. Orga­nizowane są, często właśnie przez duchowieństwo, marsze na rzecz życia, w których spo­łeczeństwo wyraża swój sprzeciw wobec mordowania niena­rodzonych czy eutanazji. Kato­liccy rodzice, nie zważając na dotkliwe kary finansowe, nie posyłają swoich dzieci na lekcje „tolerancj i”.

      Mogłoby się wydawać, że Hiszpanie wraz ze swoim Kościołem zaczęli budzić się z letargu. Jednak w tych śro­dowiskach, które mają właśnie stanowić przeciwwagę dla lewi­cy, mają miejsce również zjawiska niepokojące. Od pewnego czasu można dostrzec uleganie „poprawnym politycznie” wpły­wom opozycyjnej, chadeckiej (chyba już tylko z nazwy) Par­tii Ludowej, czego przykładem może być postawa deputowa­nych tego ugrupowania pod­czas głosowania w Kortezach nad ustawą o zalegalizowaniu związków homoseksualnych. Ci „prawicowcy” niespodziewanie wstrzymali się od głosu”.

      Przykład Hiszpanii powinien stanowić przestrogę dla tych wszystkich katolików, którzy nie widzą nic złego w lewicy, nienawołującej wprawdzie już dzisiaj otwarcie do przemocy fizycznej wobec wyznawców Chrystusa, ale dążącej, podob­nie jak siedemdziesiąt kilka lat temu, do wykorzenienia świętej wiary katolickiej — tyle tylko, że bardziej „cywilizowanymi” metodami.

      Dawid Kabaciński

      PRZYPISY:

      1 C. Jariod Borrego, Contra la objeción, contra la liber­tad, contra Dios, http//agosto.libertaddigital.coni/contra-la­-objecion-contra-la-libertad-contra-dios- 12 76236896 html

      2 D. Mathieson, Spanish Steps: Zapatero and the Second Transition in Spain, Londyn 2007, s. 28.

      3 El Congreso aprueba el matrimonio entre personas del mismo sexo, http//elmundo.es/elmundo/2005/04/21/ espana41114087944. html

      4 Hiszpańskie lekcje o gejach obowiązkowe, www.dzien­nik.pl/swiat/article308171/Hiszpanskie_lekcj e_o_gej ach_ obowiazkowe. html

      5 Królowa Zofia naraziła się homosiom. Po co się obno­sić ze swoim homoseksualizmem?— zapytała hiszpańska królowa Zofia, http://www. konserwatyzm.pl/aktuałnosci. php/Wiadomosc/1411/

      6 J. L. Cebrián, Honor Boga, przeł. E. Zaleska, „Gazeta Wyborcza”, 19-20 I 2008, s. 23-24.

      7M. Angel Belmonte, Eutanazja w Hiszpanii. Zapatero chce mordować następnych ludzi, http://www. konserwa­tyzm.pl/aktualnoeci.php/Wiadomość/921/

      8 Hiszpania: Sędzia skazany za „złośliwe opóźnianie” adopcji, http://www.konserwatyzm. pl/aktualności.php/Wia­domość/1854/

      9 Hiszpania: zakaz manifestacji przeciwko zabijaniu dzieci nienarodzonych, http://www.konserwatyzm.pliaktu­alnoeci.php/Wiadomość/1152/

      10 Hiszpania: Parlament odrzucił projekt „potępienia Papieża”, http://www.konserwatyzm.pl/aktualnosci.php/ Wiadomosc/4005/

      11 Hiszpania idzie na wojnę o aborcję, http://www.kon­serwatyzm.pl/aktualnosci.php/Wiadomosc/1051/

      12 Zapatero propaguje aborcję wśród 9-latek, http:// www.konserwatyzm.pl/aktuałnosci.php/Wiadomosc/3680/

      13 Ruch Narodowy.

      14 M. Tuñón de Lara, Rewolucja liberalna. Epoka współczesna, [w:] M. Tuñón de Lara, J. Valdeón Baruque, A. Dominguez Ortiz, Historia Hiszpanii, Kraków 2007, s. 411.

      15 Micha/ Bakunin (1814-1876), rosyjski rewolucjonis­ta, czołowy teoretyk anarchizmu kolektywistycznego.

      16 Ateneo de Madrid, prywatna instytucja kulturalna założona w 1835 r. — przyp. red. ZAWSZE WIERNI.

      17 M. Tuñón de Lara, op. cit., s. 604; B. Gola, F. Ryszka, Hiszpania, Warszawa 1999, s. 305; E. Górski, O demokracji w Hiszpanii (1975-1995), Warszawa 1997, s. 39.

      18 V.M. Pérez-Días, Powrót społeczeństwa obywatelskie­go w Hiszpanii, Kraków 1996, s. 27-28.

      19 P. Machcewicz, „Historia Hiszpanii od 1808 roku do czasów współczesnych”, [w:] T. Miłkowski, P. Machcewicz, Historia Hiszpanii, Wrocław 2002, s. 421.

      20 S. Bernal, Josemaria Escrivá de Balaguer. Szkic bio­grafii założyciela Opus Dei, Katowice 1991, s. 231.

      21 A. Wielomski, Jose Maria Nazar: postkonserwatysta, postkatolik i postliberał, http://www. konserwatyzm.p1/ publicystyka.php/Artykul/627/

      22 Idem, Hiszpania Franco. Źródła i istota doktryny poli­tycznej, Biała Podlaska 2006, s. 347.

      23 Lewactwo panuje w hiszpańskim Kościele, http:// www.konserwatyzm.pl/aktualnosci.php/Wiadomosc/3455/

      24 Postępowy Kościół wypiera się katolickiego dyktato­ra, http://www.konserwatyzm.pl/aktuałnosci.php/Wiadomo­sc/3944/

      25 Ruch Narodowy.

      26 R. Dobrzyński, Błękitne imperium gen. Franco, War­szawa 1975, s. 256.

      27 J. Kieniewicz, Hiszpania w zwierciadle polskim, Gdańsk 2001, s. 185.

      28 P. Skibiński, Państwo generała Franco. Ustrój Hisz­panii w latach 1936-1967, Kraków 2004, s. 170-172; J. R. Nowak, Hiszpania po wojnie domowej (1939-1971), War­szawa 1972, s. 105-106.

      29 L. Mularska-Andziak, Franco, Londyn 1994, s. 146.

      30 H. Kamen, Imperium Hiszpańskie. Dzieje rozkwitu i upadku, Warszawa 2008, s. 455.

      31 J. Bartyzel, „Umierać, ale powoli!” O monarchistycz­nej i katolickiej kontrrewolucji w krajach romańskich 1815- 2000, Kraków 2006, s. 303.

      32 J. M. Tusell Gómez, Juan Carlos de Borbón jako postać historyczna [w:] Studia polsko- hiszpańskie. Wiek XX, pod red. J. Kieniewicza, Warszawa 2004, s. 248.

      33 W Brodzikowski, J. Łoskoczyński, Franco. Generał wielkiej misji, Warszawa 1999, s. 165.

      34 F. Bajo Alvarez, J. Gil Pecharromán, Historia de Espada, Madryt 2005, s. 188.

      35 M. Ikonowicz, „Opus Dei”. Hiszpania 1970, „Połity­ka”, 7 III 1970, s. 9.

      36 M. J. Chodakiewicz, Zagrabiona pamięć. Wojna w Hiszpanii 1936-1939, Warszawa 1997, s. 52.

      37 P. Moa, Mity wojny domowej. Hiszpania 1936-1939, Warszawa 2007, s. 162.

      38 A. Beevor, Walka o Hiszpanię 1936-1939. Pierwsze starcie totalitaryzmów, Kraków 2009, s. 250.

      39 F. Ryszka, Historia – polityka – państwo. Wybór stu­diów, t. II, Toruń 2002, s. 162.

      40 J. Kawka, Zapateralski rządzi…, op. cit.

      41 W marcu 2008 r. PSOE nieznacznie pokonała w wybo­rach centroprawicową Partię Ludową. Tym samym Zapate­ro objął urząd premiera na drugą kadencję.

      42 M. Stasiński, Hiszpańscy biskupi nie chcą socjalistów u władzy, „Gazeta Wyborcza”, 1 II 2008, s. 12.

      43 A. Wielomski, Jose Maria Aznar…, op. cit.

      Źródło informacji: KONSERWATYZM.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 20:07
    • Raymond de Souza - katolicka kontrrewolucja

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 19:57
    • O ewolucjoniźmie uwag kilka

       

      Ewolucjonizm w wersji Darwina jest jednym z przejawów nowożytnego podejścia do nauki. Jego podstaw należy szukać m.in. u Kartezjusza, który oddzielił ducha od materii.

      Zamieszczony na portalu tekst Krzysztofa Binkiewicza „Teoria ewolucji a Kontrrewolucja” wywołał żywą dyskusję. Ewolucjonizm to temat ważki i ciekawy. Aby jednak prowadzić rzeczową dyskusję, dobrze jest uporządkować kilka pojęć. Pozwolę sobie na przedstawienie kilku spraw, które ułatwią taką dyskusję.

       

      Problem ewolucjonizmu należy rozpatrywać na trzech płaszczyznach: filozoficznej, naukowej oraz ideologicznej.

       

      Ewolucjonizm jako teoria filozoficzna zakłada, że świat rozwija się w sposób ewolucyjny. Teoria ta nie wyklucza kreacjonizmu, gdyż Bóg mógł stworzyć świat – oraz ciągle go stwarzać – właśnie w sposób ewolucyjny. Teoria ta natomiast sprzeczna jest z biblijnym opisem stworzenia świata, w jego dosłownym rozumieniu. Wielu katolickich teologów i filozofów skłania się do traktowania tego opisu jako mitu, którego najważniejszym przesłaniem jest twierdzenie, że świat został stworzony z niczego przez Boga. Zgodnie z tą interpretacją, biblijny opis nie udziela odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób świat został stworzony. Za słusznością takiego podejścia przemawia chociażby fakt, że Bóg działa poza czasem, a więc nie podlega rytmowi dnia i nocy... Zgodnie z biblijnym opisem świat został stworzony w ciągu 6 dniu, czyli w ciągu 6 obróceń Ziemi wokół własnej osi. Moim zdaniem, naprawdę trudno traktować ten opis jako adekwatne wytłumaczenia SPOSOBU stworzenia Wszechświata. Reasumując, ewolucjonizm filozoficzny stawia pytanie o to, w jaki sposób świat został stworzony; odpowiedzi na to pytanie próbuje udzielić, posługując się metodami filozoficznymi.

       

      Ewolucjonizm naukowy uprawiany jest przez biologów (pojęcia nauki używam tutaj w jego nowożytnym znaczeniu). Ponieważ nie jestem biologem, nie będę wypowiadać się na temat konkretnych teorii naukowych z tego zakresu. Pozwolę sobię jednak poczynić kilka uwag z metaperspektywy filozoficznej.

       

      Ewolucjonizm w wersji Darwina jest jednym z przejawów nowożytnego podejścia do nauki. Jego podstaw należy szukać m.in. u Kartezjusza, który oddzielił ducha od materii. Materię ujmował on czysto mechanicznie, co oznacza, że wszystkie zjawiska materialne można wytłumaczyć wyłącznie za pomocą zwykłych mechanizmów. Duch natomiast, według Kartezjusza, żyje swoim własnym życiem.

       

      Przedłużeniem kartezjańsiej metafizyki jest oświeceniowy deizm. Deizm twierdzi, świat został wprawdzie stworzony przez Boga, jednak od tamtej pory Bóg nie ingeruje ani w bieg historii naturalnej, ani w dzieje człowieka. Świat rozwija się samodzielnie, choć według praw stworzonych przez Boga. Dla wytłumaczenia zjawisk zachodzących w świecie empirycznym wystarczy więc znajomość tych praw. Właściwie do XX wieku, filozofie nowożytni wierzyli, że świat jest systemem, który rozwija się w czysto mechaniczny sposób. Jeśli więc ktoś zna warunki wyjściowe rozwoju tego systemu, jak również prawa przyrody, to może w pełni przewidzieć jego przyszły rozwój. W XX wieku wyobrażenie to zostało poddane pod wątpliwość, między innymi gdy pojawiła się teoria nieoznaczoności Heisenberga, jak również teoria chaosu. Nie wnikając głębiej w tę tematykę, należy stwierdzić, że jednym z podstawowych problemów nowożytnego podejścia do nauki jest postrzeganie materii wyłącznie w kategoriach mechanistyczno-kauzalnych. Moim zdaniem, najpoważniejszym problemem naukowych teorii ewolucji jest to, że próbują one znaleźć jeden podstawowy mechanizm, za pomocą którego można by wytłumaczyć cały proces ewolucji. Osobiście wątpię w istnienie takiego mechanizmu. czy też mechanizmów. Moim zdaniem, proces ewolucji jest znacznie bardziej złożony, a przede wszystkim niewytłumaczalny w sposób wyłącznie materialistyczny. 

       

      Właściwym polem walki konserwatystów jest ewolucjonizm ideologiczny. Darwinizm stał się ideologią, która pretenduje do tego, aby stać się ostatecznym wyjaśnieniem rzeczywistości. Na dobrą sprawę, darwinizm nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Problemem całego nowożytnego podejścia do nauki jest to, że nauki przyrodnicze jako takie wyeliminowały metafizykę,  przez co pretendują do roli jedynej „prawdziwej” dyscypliny wiedzy. Przypomnijmy, zgodnie z filozofią klasyczną to metafizyka jest królową nauk!

       

      Ideologiczne traktowanie nauki prowadzi do wielu absurdów. W międzyczasie ideologiczny darwinizm połączył się z teorią wielkiego wybuchu (zastrzegam, nie uprawiam krytyki tej teorii jako teorii fizykalnej). Z połączenia obu tych teorii wyłania się taki oto obraz powstania świata: Najpierw nie było nic, potem zrobiło się wielkie BUUUUUM, i z tego bum – poprzez kauzalne mechanizmy oraz przypadki – powstał wszechświat.  Z filozofią, nauką, sztuką i religią łącznie. Cóż, wierzy w to sporo osób, co tylko potwierdza tezę, że ludzkość głupieje. Starożytni dobrze wiedzieli, że z „niczego” nic nie może powstać. I dlatego dla Greków czas był kolisty, a świat nie miał ani początku, ani końca.  Linearne pojmowanie czasu, jak również wyobrażenie, że świat ma początek i koniec, pojawiły się dopiero wraz chrześcijaństwem (jeśli się nie mylę, dopiero z pismami św. Augustyna).

       

      Ideologiczny ewolucjonizm jest więc pseudoreligią, przypisującą sobie miano naukowego tlumaczenia rzeczywistości. Z ewolucjonizmem ideologicznym konserwatyzm powinien walczyć, jak zresztą z każdą inną ideologią.

       

      Magdalena Ziętek

      Źródło informacji: KONSERWATYZM.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 19:55
    • Pierwsza cerkiew w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

      W Zjednoczonych Emiratach Arabskich powstała pierwsza prawosławna cerkiew patriarchatu moskiewskiego. Budowa trwała cztery lata.

      /

      Świątynia pod wezwaniem św. Filipa Apostoła została wzniesiona w mieście Sharjah. Kamień węgielny w 2007 roku położył ówczesny metropolita smoleński i kaliningradzki, a obecnie patriarcha moskiewski Cyryl.

      Cerkiew jest unikatem pod względem architektonicznym, ponieważ jako pierwsza na całym Półwyspie Arabskim została ozdobiona pięcioma złoconymi krzyżami umieszczonymi na szczycie kopuł. Zazwyczaj władze państw arabskich nie zezwalają na umieszczanie chrześcijańskich znaków na zewnątrz budynków. Obok cerkwi wybudowano również centrum parafialne i kulturalne. Na mocy porozumienia pomiędzy zwierzchnikami wspólnot kościelnych, do świątyni będą uczęszczać także prawosławni, należący do patriarchatu Antiochii, który obejmuje kraje Półwyspu Arabskiego.

      W ciągu ostatnich kilku lat w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wzrosła też liczba katolików do około 1.300 tys. wiernych. Pochodzą głównie z krajów azjatyckich, jak Indie i Filipiny oraz z Afryki.

      Konstytucja Emiratów Arabskich gwarantuje wolność religijną, a chrześcijanie mogą uczestniczyć w nabożeństwach sprawowanych na terenie swoich parafii.

      AM/Wiara.pl

      Źródło informacji: FRONDA.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 19:50
    • Czy polityka rodzi się z grzechu?

      Św. Paweł mówi, że wszelka władza pochodzi od Boga, a kto „przeciwstawia się władzy sprzeciwia się porządkowi Bożemu”. Posłuszeństwo władzy, a nawet obowiązek modlitwy za rządzących nie był w żadnej mierze przyzwoleniem na przedkładanie tej władzy nad posłuszeństwo Bogu i Kościołowi.

      Dla chrześcijan rzeczywistość publiczna, państwowa nigdy nie była obojętna, same narodziny Jezusa Chrystusa zostały przez Ewangelistów opisane i umieszczone w kontekście historii narodu izraelskiego i Cesarstwa Rzymskiego. Święty Mateusz przytacza rodowód Jezusa od czasów obietnicy jakiej Bóg udzielił Abrahamowi, od czasów ojca wszystkich wierzących. Dzięki temu, wydarzenie Wcielenia znajduje swój sens w dziejach szczególnego wybrania Izraela przez Boga. Kościół jako dopełnienie obietnic zbawczych danych Izraelowi nie trwa więc w próżni, czy też jakieś eklektycznej mieszance świata mitologicznych symboli, ale wpisuje się w ciąg pokoleń konkretnych ludzi wędrujących z Bogiem, a przez to pozostaje w łączności z samym aktem stwórczym, ukształtowaniem kosmosu, tej uporządkowanej całości ducha i materii, a także pierwszym człowiekiem - Adamem.

      W kontekście historii Cesarstwa narodziny Jezusa umieścił święty Łukasz. Można powiedzieć, że umieścił on życie Jezusa w samym środku historii politycznej świata, określając w ten sposób nie tylko realność i faktyczność wydarzeń w Betlejem, ale pokazując związek tych wydarzeń z historią Imperium, a także historią całego świata - przez Imperium w jakiejś mierze reprezentowanego. Również wspominani przez Łukasza dostojnicy Izraela powinni być bardziej postrzegani jako „osoby polityczne” niż jako „przedstawiciele dziejów zbawienia”. Zestawienie tych dwóch ewangelicznych opisów sprawia, że chrześcijańskie rozumienie Jezusa i wiara w to, że jest on Kyrios Christos skłania do tego by podążać trudną drogą wykluczającą jednoznaczne rozumienie misji Jezusa. Jednoznaczne jest tylko to, że prowadzi on do pojednania wszystkiego w Bogu, ponieważ jest Synem. Jego związek z „ludźmi wiary”, dziećmi Abrahama wyklucza jedynie doczesne rozumienie celu, jaki stoi przed Jezusem i jego Kościołem.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 19:43
    • W Blasku Krzyża - x. Jacek Bałemba i dr Stanisław Krajski

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 19:36
    • HIERARCHA OFICJALNEJ (PAŃSTWOWEJ) CERKWI GRECKIEJ, METROPOLITA PIREUSU SERAFIM, OSKARŻYŁ RABINA SALONIK O SATANIZM

       

      1307334069_serafimHierarcha oficjalnej (państwowej) Cerkwi Greckiej, Metropolita Pireusu Serafim, udzielający czasami prasie różnych, niepoprawnych politycznie, oświadczeń, opublikował na portalu internetowym „Amen.gr”, długi artykuł przeciwko judaizmowi. Walka z żydami i „potworem syjonizmu” jest jednym z ulubionych tematów Metropolity Pireusu, zauważa „Prawosławie i świat”

      Przyczyną niedawnej publikacji było stwierdzenie rabina Mordechaja Frizisa, który szczegółowo opowiedział jakie jest nauczanie żydów o tożsamości i nadejściu mesjasza. Mordechaj Frizis powiedział, że żydzi wierzą, że mesjasz będzie zwykłym człowiekiem, chociaż pełnym chwały i potęgi.

      Według rabina „mesjasz nie będzie miał mocy Bożej, ale będzie największym religijnym, politycznym i wojskowym przywódcą, jak Mojżesz, wybrany przez Boga”.

      W odpowiedzi na te słowa, grecki Metropolita Serafim przypomniał greckim czytelnikom, że żydzi dogłębnie zniekształcili Stary Testament Talmudem i Kabałą, w której jest napisane, że Bóg jest „absolutną nicością” a stworzenie świata żydzi rozumieją jako stałe stwarzanie z tej „nicości’.

      Ponadto, według Metropolity Serafima, żydowska eschatologia sugeruje, że po przyjściu żydowskiego mesjasza ludzie będą musieli zjednoczyć się z lucyferem i demonami, co czyni żydowską religię kultem szatana. W dalszej części artykułu, Metropolita Serafim przytacza liczne odniesienia do Starego Testamentu, które zaświadczają o boskości Mesjasza [który już przyszedł, tj. Jezusa Chrystusa - Admin.] i obalają współczesne, żydowskie koncepcje dotyczące [ich] mesjasza [który dla nas będzie antychrystem -Admin].

      Tłumaczenie z jęz.ros.-R.X.

      Źródło informacji: http://wiadomosci.monasterujkowice.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 19:33

Kalendarz

Luty 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Msza trydencka w Polsce

BAZA DOKUMENTÓW PAPIESKICH

Toplista Tradycji