RZYMSKI KATOLIK

BLOG POŚWIĘCONY KATOLICKIEMU TRADYCJONALIZMOWI

Wpisy

  • niedziela, 21 marca 2010
    • Gilbert Keith Chesterton - Dlaczego jestem katolikiem?

      Mówiąc dobitnie, odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. I w tym momencie stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo sieją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę.

      Na pierwszej stronie pewnej gazety codziennej ukazał się niedawno artykuł poświęcony Nowej Liturgii[l]; nie żeby miał o niej wiele nowego do powiedzenia. Jego treść sprowadzała się do powtórzenia po raz dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty, że zwyczajny Anglik potrzebuje religii bez dogmatów (cokolwiek to może oznaczać) i że wszelkie spory na tematy kościelne to rzucanie grochem o ścianę, czy to z jednej strony, czy z drugiej. W tym miejscu autor artykułu przypomniał sobie nagle, że nie wolno zrównywać obu stron, bo a nuż zostanie to odebrane jako drobne ustępstwo wobec katolików albo uwzględnienie jakiejś katolickiej racji. Czym prędzej się więc poprawił i w dalszym toku wywodu zasugerował, że choć wiara w dogmaty jest zła sama w sobie, to jednak koniecznie należy wierzyć w dogmaty protestanckie. Zwyczajny Anglik (ta użyteczna postać) mimo niechęci do wszelkich różnic religijnych żywi przekonanie, że jego religia koniecznie musi nadal różnić się od katolicyzmu, uważa bowiem (wedle autora artykułu), że „Brytania jest protestancka tak jak morze jest słone”.

      Spoglądając z rewerencją na głęboki protestantyzm pana Michaela Arlena[2], pana Noela Cowarda albo najnowszego murzyńskiego tańca w Mayfair, czujemy jednak pokusę, by zapytać: „Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?” A ponieważ z powyższego cytatu możemy logicznie wywnioskować, że lord Beaverbrook, pan James Douglas, pan Hannen Swaffer i wszyscy ich naśladowcy są w gruncie rzeczy surowymi i nieugiętymi protestantami (zaś protestanci, jak wiadomo, słyną z dociekliwego i zapamiętałego studiowania Pisma, w czym nie przeszkodzi im żaden ksiądz ani papież), możemy sobie pozwolić na interpretację tego stwierdzenia w świetle innego, mniej znanego cytatu. Nie da się wykluczyć, że gdy porównywali protestantyzm do morskiej soli, prześladowało ich mgliste wspomnienie fragmentu, w którym ten sam Autorytet mówił o jednym świętym źródle, pełnym wody żywej, dlatego tak nazwanej, że naprawdę daje życie i zaspokaja pragnienie ludzi; w odróżnieniu od rozmaitych sadzawek i bajorek, bo kto się z nich napije, znowu będzie pragnął. A przytrafia się to niekiedy osobom, które wolą pić słoną wodę.

      Być może nazbyt to prowokujący początek dla wyznania moich najgłębszych przekonań, ale z całym szacunkiem trzeba wskazać, że prowokacja wyszła od protestantów. Kiedy protestantyzm z niezmąconym spokojem oznajmia, że sprawuje powszechny rząd dusz w stylu Brytanii panującej nad morzami, wolno odpowiedzieć, że kwintesencja takiej właśnie soli zalega grubą warstwą na dnie Morza Martwego. Protestantyzm przypisuje sobie władzę, jaką w chwili obecnej nie może się poszczycić żadna religia. Od niechcenia zawłaszcza miliony agnostyków, ateistów, hedonistycznych pogan, niezależnych mistyków, badaczy fenomenów parapsychicznych, teistów, teozofów, wyznawców wschodnich kultów i przeróżnych wesołych koleżków żyjących jako te bydlęta, które zginą. Udawanie, że wszyscy ci ludzie są protestantami, to obniżanie prestiżu i znaczenia protestantyzmu. To sprowadzanie protestantyzmu do samej tylko negacji – a sól nie jest negacją.

      Przyjmując ów artykuł za probierz obecnych problemów z dokonywaniem wyborów religijnych, stajemy twarzą w twarz z dylematem dotyczącym tradycyjnej religii naszych ojców. Protestantyzm, jak go tu rozumiemy, jest czymś albo pozytywnym, albo negatywnym. Jeśli jest pozytywny, jest bez wątpienia martwy. Na ile stanowił system konkretnych, specyficznych wierzeń, na tyle odszedł do lamusa. Praktycznie nikt dziś nie wyznaje autentycznej doktryny protestanckiej – a już z pewnością nie protestanci. Do tego stopnia stracili wiarę we własną religię, że niemal z kretesem zapomnieli, na czym polegała. Gdyby zapytać współczesnego człowieka, czy zbawienie duszy osiąga się wyłącznie dzięki teologii, czy też dobre uczynki (na rzecz ubogich, dajmy na to) pomagają nam na drodze do Boga, człowiek współczesny odpowie bez wahania, że milsze są chyba Bogu dobre uczynki niż teologia. Byłby najpewniej bardzo zdumiony, gdyby mu powiedzieć, że przez trzy stulecia wiara w samą wiarę cechowała protestantów, podczas gdy wiara w dobre uczynki stanowiła haniebny wyróżnik niegodziwych papistów. Zwyczajny Anglik (aby znów przywołać naszego starego znajomego) nie żywiłby dziś najmniejszych wątpliwości, która strona miała słuszność w długim sporze między katolicyzmem a kalwinizmem – a był to najistotniejszy i najbardziej intelektualny spór, do jakiego kiedykolwiek doszło między katolicyzmem a protestantyzmem. Jeśli zwyczajny Anglik w ogóle wierzy w Boga, a nawet jeśli i nie wierzy, z całą pewnością woli Boga, który stworzył wszystkich ludzi do radości i który chciałby ich wszystkich zbawić, niż Boga, który celowo stworzył niektórych ludzi do nieuchronnego grzechu i nieskończonego cierpienia po śmierci. A na tym właśnie polegał cały spór; i to katolicy wyznawali ten pierwszy pogląd, podczas gdy protestanci wyznawali ten drugi. Człowiek współczesny nie tylko nie podziela, lecz nawet nie pojmuje nienaturalnej odrazy purytanów do wszelkiej sztuki i wszelkiego piękna związanego z religią. A przecież był to autentyczny protestancki protest. Jeszcze w czasach wiktoriańskich protestanckie matrony gorszyły się na widok białej sukni, nie mówiąc już o barwnym ornacie. W każdej praktycznie kwestii, w której tylko Reformacja postawiła Rzym w stan oskarżenia, Rzym został od tamtej pory uniewinniony zgodnym werdyktem całego świata.

      Owszem, jest najzupełniejszą prawdą, że w Kościele katolickim tuż przed Reformacją istniało wiele zła prowokującego do buntu. Próżno by jednak szukać takiego zła, które Reformacja naprawiła. Na przykład, na skutek zepsucia klasztorów jakiś bogaty magnat mógł zabawiać się w patrona czy nawet w opata albo korzystać z dochodów należących w teorii do bractwa miłosiernego i ubogiego. Ale jedyne, co uczyniła Reformacja, to pozwoliła temuż bogatemu magnatowi zagarnąć cały dochód, przywłaszczyć sobie cały klasztor, obrócić go wedle fantazji w pałac lub chlew i całkowicie wykorzenić ostatnie wspomnienie ubogiego bractwa. Najgorsze cechy doczesnego katolicyzmu zostały jeszcze pogorszone przez protestantyzm. Ale najlepsze cechy przetrwały jakoś czasy zepsucia; ba, przetrwały nawet czasy reform. Trwają do dziś we wszystkich krajach katolickich, gdzie religia jest barwna, poetyczna i powszechna. Widać je również w praktycznej mądrości, która mogłaby udzielać lekcji psychologom. I do tego stopnia znajdują dziś potwierdzenie, po czterech wiekach osądu, że każda z nich jest naśladowana nawet przez tych, którzy je potępiali. Niestety, naśladownictwo często przeradza się w karykaturę. Psychoanaliza to spowiedź bez bezpieczeństwa konfesjonału; komunizm to ruch franciszkański bez umiarkowania i równowagi Kościoła; zaś amerykańskie sekty, które przez trzy stulecia ciskały gromy oburzenia na papistowski teatr, odwołujący się do zmysłów, teraz „uatrakcyjniają” swoją liturgię, wyświetlając teatralne filmy i kierując promienie różowego światła na głowę kapłana. Gdybyśmy to my używali promieni różowego światła, nie na kapłana byśmy je kierowali.

      Rozumując dalej, protestantyzm może być czymś negatywnym. Inaczej mówiąc, może sprowadzać się dziś do nowej i całkiem odmiennej listy zarzutów wobec Rzymu, która tyle tylko ma wspólnego z dawną listą, że nadal jest skierowana przeciw Rzymowi. I tak się właśnie sprawy mają, najogólniej biorąc. Prawdopodobnie to właśnie miał na myśli dziennikarz z „Daily Express”, kiedy oznajmiał, że nasz kraj i nasi rodacy są przesiąknięci protestantyzmem niczym solą. Legenda, że Rzym myli się tak czy owak, nadal żyje i miewa się doskonale, chociaż karykatury odmalowują dziś monstrum o zupełnie innych kształtach. Nawet w tym znaczeniu twierdzenie „Daily Express” jest już przesadą w odniesieniu do współczesnej Anglii, ale nadal tkwi w tym więcej niż ziarno prawdy. Cóż, kiedy jest to prawda, z której uczciwy i autentyczny protestant nie może czerpać specjalnej satysfakcji. Bo też, na dobrą sprawę, jakaż to tradycja, która co drugi dzień lub co dziesięć lat zmienia wersję, uznając, że każda zmiana jest dobra, byle tylko wszystkie te sprzeczne opowiastki były skierowane przeciw temu samemu człowiekowi czy tej samej instytucji? Jakaż to święta sprawa, odziedziczona po przodkach, która sprowadza się do założenia, że powinniśmy wciąż czegoś nienawidzić i tylko w nienawiści pozostawać konsekwentni, a we wszystkim innym możemy sobie pozwalać na dowolną zmienność i dowolny fałsz, nawet gdy chodzi o sam powód naszej nienawiści? Czy mamy na serio zająć się obmyślaniem coraz to nowych przyczyn niechęci wobec innych chrześcijan? Czy na tym właśnie polega protestantyzm, a skoro tak – czy zasługuje on na zestawienie z patriotyzmem lub morzem?

      Takim to refleksjom musiałem stawić czoło, gdy zacząłem rozmyślać o kwestiach religijnych, ja, potomek czysto protestanckich przodków, wychowany w protestanckim domu. Protestanckim, co prawda, tylko w potocznym rozumieniu, gdyż w gruncie rzeczy moja rodzina nie była już protestancka, odkąd stała się liberalna. Wyrosłem raczej jako uniwersalista[3] i unitarianin[4], u stóp owego wspaniałego człowieka, Stepforda Brooke’a[5]. O ile w ogóle był to protestantyzm, to najwyżej w znaczeniu negatywnym. Nieraz było to coś całkiem przeciwnego. Na przykład, uniwersalista nie wierzył w piekło i zwykł podkreślać z emfazą, że niebo to szczęśliwy stan umysłu – „usposobienie”. Miał jednak dość rozumu, by dostrzec, że większość ludzi nie żyje ani nie umiera w wystarczająco szczęśliwym stanie umysłu, by mogli za jego sprawą dostać się do nieba. Jeśli niebo jest usposobieniem, na pewno nie jest usposobieniem powszechnie spotykanym; cała masa ludzi miewa iście piekielne humory. Skoro zaś, z braku piekła, nawet oni trafią w końcu do nieba, musi się im przedtem przydarzyć coś innego niż miły charakter. Toteż uniwersalista wierzył w postęp duchowy po śmierci, w karę i zarazem oświecenie. Innymi słowy, wierzył w czyściec, chociaż nie wierzył w piekło. Tymczasem protestantyzm przez całą swoją historię toczył nieustającą wojnę z ideą czyśćca, czyli postępu duchowego w życiu pozagrobowym. Teraz, po latach, uważam, że ze wszystkich tych trzech poglądów najgłębsza prawda zawiera się w doktrynie katolickiej; prawda o woli, stworzeniu i cudownym Bożym umiłowaniu wolności. Ale nawet na samym początku, kiedy ani mi w głowie postał katolicyzm, nie widziałem żadnego powodu, by przejmować się protestantyzmem, który zawsze głosił coś zupełnie przeciwnego niż współczesna doktryna liberalna.

      Mówiąc dobitnie, odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. I w tym momencie stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo sieją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę. Nie mam prawa ich osądzać, lecz w moich oczach, wyznaję, zdawało się to zachowaniem paskudnie niehonorowym. Dowiedzieć się, że mówiliśmy o kimś oszczerstwa, odmówić przeprosin i od razu wziąć się za wymyślanie nowej, bardziej przekonującej historyjki – nie było to w moim pojęciu ideałem dobrych manier. Ostatecznie postanowiłem sobie, że ocenię oczernianą instytucję podług jej własnych zalet i wad, i od razu nasunęło mi się pytanie, czemuż to liberałowie są wobec niej tak bardzo nieliberalni? Jaki jest sens tej niezgody, tak stałej i tak nieustępliwej? Sporo czasu minęło, nim znalazłem odpowiedź, a jeszcze więcej czasu minęłoby, gdybym chciał teraz opisywać drogę mojego rozumowania. Doprowadziła mnie ona wreszcie do jedynego logicznego wniosku, zgodnego z doświadczeniem życiowym: mianowicie, że owa instytucja jest znienawidzona jak nic innego na świecie po prostu dlatego, że sama jest jak nic innego na świecie.

      Niewiele mam tu miejsca, by wybrać choć jeden fakt spośród tysiąca faktów, które potwierdzają ten wniosek i są też spójne ze sobą nawzajem. Mógłbym wziąć cokolwiek, na chybił trafił, od wieprzowiny po pirotechnikę, aby wykazać, że potwierdza to prawdę zawartą w tej jedynej prawdziwej filozofii; do tego stopnia realistyczne jest przysłowie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Poruszę zatem kwestię niejako podstawową: tę mianowicie, że katolicyzm jest prześladowany stulecie po stuleciu przez irracjonalną nienawiść, która wyszukuje sobie coraz to nowe racje.

      Otóż o niemal wszystkich minionych herezjach można powiedzieć, że w oczach ludzkich są nie tylko minione, ale i martwe; czy to w Kościele, czy poza nim, nikt nie widzi dla nich racji bytu, ledwo tylko skończy się moda na ich wyznawanie lub wygaśnie mania religijna. Nikt w dzisiejszych czasach nie pragnie przywrócenia Boskiego Prawa Królów, które pierwsi anglikanie wysuwali jako argument przeciw papieżowi. Nikt nie chce, by powrócił kalwinizm, który pierwsi purytanie wysuwali jako argument przeciw królom. Nikt nie żałuje, że ikonoklastom nie udało się zniszczyć wszystkich dzieł sztuki w Italii. Nikt nie rozpacza, że janseniści nie zdołali zniszczyć wszystkich dramatów we Francji. Nikt, kto wie cokolwiek o albigensach, nie narzeka, że nie nawrócili oni świata na pesymizm i perwersję. Nikt, kto naprawdę rozumie logikę bilardów (skądinąd całkiem miłych ludzi), nie życzyłby sobie, by doprowadzili oni do odebrania wszelkich praw publicznych każdemu, kto nie jest w stanie łaski uświęcającej. „Dominium zbudowane na łasce” to pobożny ideał, ale gdy rozważać go jako nakaz ignorowania policjanta, regulującego ruch na Picadilly, póki się nie dowiemy, czy był on ostatnio u spowiedzi, ideał ten zdaje się cokolwiek jakby nieaktualny. W dziewięciu wypadkach na dziesięć Kościół katolicki bronił rozsądku i umiarkowania przeciw heretykom, którzy nieraz mocno przypominali wariatów. A przecież w każdych czasach ciśnienie błędu napierało z ogromną siłą; błędem karmiły się całe pokolenia, wywierał wpływ tak przemożny, jak szkoła manchesterska w latach pięćdziesiątych XIX wieku lub fabianizm w okresie mojej młodości. Gdy jednak przestudiować wypadki historyczne, okazuje się, że duch czasów zmierzał w złą stronę, podczas gdy katolicy, przynajmniej relatywnie, zmierzali w dobrą. Rozum przetrwa tysiące zmiennych nastrojów.

      Tak jak mówię, to tylko jeden aspekt sprawy, lecz pierwszy, który mi się nasunął i który doprowadził mnie do kolejnych. Kiedy ktoś sto razy z rzędu odnajduje właściwą drogę, musi się za tym kryć coś więcej niż przypadek. Wszystkie dowody historyczne byłyby jednak niczym bez dowodów ludzkich, osobistych, wymagających zupełnie innej relacji. Starczy powiedzieć, że ci, którzy znają praktykę wiary katolickiej, stwierdzają nie tylko, że jest ona słuszna, ale że jest słuszna zawsze wtedy, gdy wszystko inne jest błędne. To ona czyni konfesjonał autentyczną ostoją szczerości, gdy świat opowiada nonsensy o spowiedzi. To ona podtrzymuje pokorę, gdy wszędzie wokół wysławia się pychę. Jest oskarżana o sentymentalne miłosierdzie, kiedy świat woli brutalny utylitaryzm; jest oskarżana o dogmatyczną surowość, kiedy świat woli krzykliwy i prostacki sentymentalizm – jak ma to miejsce współcześnie. W miejscu, gdzie spotykają się wszystkie drogi, nie sposób wątpić, że drogi prowadzą w jedną stronę. Człowiek może żywić najróżniejsze poglądy, zazwyczaj uczciwe i nieraz słuszne, co do kwestii, gdzie należy skręcić w labiryncie ścieżek. Ale nie żywi poglądu, że znalazł się w środku; wie o tym.

      Źródło informacji: KONSERWATYZM.pl

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 marca 2010 22:41
  • piątek, 19 marca 2010
    • Nagranie z święceń kapłańskich w Instytucie Chrystusa Króla

      Święcenia Kapłańskie w Instytucie Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana

      Celebrans, Jego Ekscelencja x. arcybiskup Raymond L. Burke, Bazylika św. Ludwika, St. Louis, USA, 15 czerwca A.D. 2007

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 22:49
    • 19 marca - Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

      Św. Józefowi Ewangelie poświęcają łącznie 26 wierszy, a jego imię wymieniają 14 razy. Józef pochodził z rodu króla Dawida. Wykazuje to św. Mateusz w genealogii przodków św. Józefa. Genealogię przytacza również św. Łukasz. Ta jednak różni się zasadniczo od tej, którą nam przekazuje św. Mateusz. Już Julian Afrykański (w. III) wyraża zdanie, że jest to genealogia Najśw. Maryi Panny. Św. Łukasz, który tak wiele nam podał szczegółów z Jej życia, mógł nam i jej rodowód również przekazać. Na mocy prawa lewiratu św. Józef mógł być synem Jakuba, a równocześnie adoptowanym synem Heli, noszącego także w tradycji chrześcijańskiej imię Joachima, który był ojcem Najświętszej Panny. Tak więc genealogia przytoczona przez św. Łukasza wyliczałaby przodków Maryi rzeczywistych, a odnośnie Józefa jego przodków zalegalizowanych. Taka jest dzisiaj opinia przez wielu biblistów przyjęta.

      Mimo wysokiego pochodzenia Józef nie posiadał żadnego majątku. Na życie zarabiał stolarstwem i pracą jako cieśla. Zdaniem św. Justyna (ok. 100 - ok. 166), który żył bardzo blisko czasów Apostołów, św. Józef wykonywał sochy drewniane i jarzma na woły. Przygotowywał więc narzędzia gospodarcze i rolnicze. Autor Pseudoewangelii Filipa (w. III) nazywa Józefa stolarzem. Zaręczony z Maryją, Józef stanął przed tajemnicą cudownego poczęcia. Św. Józef nie był według ciała ojcem Chrystusa. Był nim jednak według prawa żydowskiego jako prawomocny małżonek Maryi. Chociaż więc Maryja porodziła Pana Jezusa dziewiczo, to jednak wobec prawa żydowskiego i otoczenia św. Józef był uważany za ojca Pana Jezusa. Tak go też nazywają Ewangelie. W takiej sytuacji trzeba było wykazać, że Józef pochodził w prostej linii od króla Dawida, jak to zapowiadali prorocy. Pochodziła też według św. Łukasza z rodu Dawida także Matka Boża. Pan Jezus pochodził zatem z rodu Dawida i poprzez Matkę (materialnie), i poprzez św. Józefa (prawnie).

      Józef postanowił dyskretnie się usunąć z życia Maryi, by nie narazić jej na zhańbienie i obmowy. Wprowadzony jednak przez anioła w tajemnicę, wziął Maryję do siebie, do domu w Nazarecie (Mt 1-2; 13, 55; Łk 1-2). Podporządkowując się dekretowi o spisie ludności, udał się z Nią do Betlejem, gdzie urodził się Jezus. Po nadaniu Dziecku imienia i przedstawieniu Go w świątyni, w obliczu prześladowania ucieka z Matką i Dzieckiem do Egiptu. Po śmierci Heroda wraca do Nazaretu. Po raz ostatni Józef pojawia się na kartach Pisma Świętego podczas pielgrzymki z dwunastoletnim Jezusem do Jerozolimy. Przy wystąpieniu Jezusa w roli Nauczyciela nie ma już żadnej wzmianki o św. Józefie. Wynika z tego, że prawdopodobnie już nie żył. Miał najpiękniejszą śmierć i pogrzeb, jaki sobie można na ziemi wyobrazić, gdyż byli przy św. Józefie w ostatnich chwilach jego życia: Jezus i Maryja. Oni też urządzili mu pogrzeb. Może dlatego tradycja nazwała go patronem dobrej śmierci.

      Ikonografia zwykła przedstawiać św. Józefa jako starca. W rzeczywistości św. Józef był młodzieńcem w pełni męskiej urody i sił. Sztuka chrześcijańska zostawiła wiele tysięcy wizerunków św. Józefa w rzeźbie i w malarstwie.

      Ojcowie i pisarze Kościoła podkreślają, że do tak bliskiego życia z Jezusem i Maryją Opatrzność wybrała męża o niezwykłej cnocie. Dlatego Kościół słusznie stawia św. Józefa na czele wszystkich świętych i daje mu tak wyróżnione miejsce w hagiografii. O św. Józefie pierwszy pisał Orygenes, chwaląc go jako "męża sprawiedliwego". Św. Jan Złotousty wspomina jego łzy i radości; św. Augustyn pisze o legalności jego małżeństwa z Maryją i o jego prawach ojcowskich; św. Grzegorz z Nazjanzu wynosi godność św. Józefa ponad wszystkich świętych; św. Hieronim wychwala dziewictwo św. Józefa. Z pisarzy późniejszych o św. Józefie wypada wymienić: św. Damiana, św. Alberta Wielkiego, św. Tomasza z Akwinu, św. Bonawenturę, Dunsa Szkota i innych. Pierwszy specjalny Traktat o 12 wyróżnieniach św. Józefa zostawił słynny kanclerz Sorbony paryskiej, Jan Gerson (1416). Izydor z Isolani napisał o św. Józefie pierwszą Summę (ok. 1528). Godność św. Józefa wysławiali w kazaniach św. Bernard z Clairvaux, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), bł. Bernardyn z Faltre (+ 1494), bł. Bernardyn z Busto (+ 1500). Św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) wprost wyrażał przekonanie, że św. Józef osobnym przywilejem Bożym, jak Matka Najświętsza, został wskrzeszony i z ciałem wzięty do nieba oraz że św. Józef w łonie matki został oczyszczony z grzechu pierworodnego. Podobną opinię wyraża św. Franciszek Salezy. O dozgonnej dziewiczości św. Józefa piszą: św. Hieronim, Teodoret, św. Augustyn, św. Beda, św. Rupert, św. Piotr Damiani, Piotr Lombard, św. Albert Wielki, św. Tomasz z Akwinu i wielu innych. Dzisiaj jest to zdanie powszechnie przyjęte.

      Największą jednak czcią do św. Józefa wyróżniała się św. Teresa z Avila, wielka reformatorka Karmelu (+ 1582). Twierdziła ona wprost, że o cokolwiek prosiła Pana Boga za jego przyczyną, zawsze otrzymała i nie była nigdy zawiedziona. Wszystkie swoje klasztory fundowała pod jego imieniem. Jego też obrała za głównego patrona swoich dzieł. Doroczną uroczystość św. Józefa obchodziła bardzo bogato, zapraszając najwybitniejszych kaznodziejów, orkiestrę i chóry, dekorując świątynię, wystawiając najbogatsze paramenty liturgiczne. Podobnie św. Wincenty de Paul ustanowił św. Józefa patronem swojej kongregacji misyjnej, przed nim zaś uczynił to św. Franciszek Salezy.

      Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się również św. Jan Bosko. Stawiał on św. Patriarchę za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. W roku 1859 do modlitewnika, który ułożył dla swoich synów duchowych i chłopców, dodał nabożeństwo do 7 boleści i do 7 radości św. Józefa; dodał również modlitwę do św. Józefa o łaskę cnoty czystości i dobrej śmierci; wreszcie dołączył pieśń do św. Józefa. Propagował nabożeństwo 7 niedzieli do uroczystości św. Józefa. W tym samym roku św. Jan Bosko założył wśród swojej młodzieży Stowarzyszenie pod wezwaniem Św. Józefa. W roku 1868 wydał drukiem czytanki o św. Józefie. Miesiąc marzec w roku obchodził jako miesiąc św. Józefa osobnym, codziennym nabożeństwem i czytankami o św. Józefie. Św. Leonard Murialdo, przyjaciel św. Jana Bosko, założył zgromadzenie zakonne pod wezwaniem św. Józefa (józefici).

      Bł. Jan XXIII wpisał imię św. Józefa do Kanonu Mszy Świętej. Wydał także osobny List Apostolski o odnowieniu nabożeństwa do Niebiańskiego Patrona (1961). Św. Józefa uczynił patronem II Soboru Watykańskiego (1962-1965).

      Na Wschodzie po raz pierwszy spotykamy się ze wspomnieniem liturgicznym św. Józefa już w wieku IV w klasztorze św. Saby pod Jerozolimą. Na Zachodzie spotykamy się ze świętem znacznie później, bo dopiero w wieku VIII. W pewnym manuskrypcie, znalezionym w Centralnej Bibliotece Zurichu, spotykamy się w wieku VIII ze wzmianką o pamiątce św. Józefa obchodzonej 20 marca. W martyrologiach z wieku X: Fuldy, Ratisbony, Stavelot, Werden nad Ruhrą, w Raichenau i w Weronie jest wzmianka o święcie św. Józefa dnia 19 marca. Pierwsze pełne oficjum kanoniczne spotykamy w wieku XIII w klasztorze benedyktyńskim: w Liege i w Austrii w klasztorze św. Floriana (w. XIII). Z tego samego wieku również pochodzi pełny tekst Mszy świętej. Serwici na kapitule generalnej ustanowili w 1324 roku, że co roku będą obchodzić pamiątkę św. Józefa. Podobnie uchwalili franciszkanie (1399) i karmelici (koniec w. XIV). O święcie tym wspomina Jan Gerson w 1416 roku na soborze w Konstancji. Do brewiarza i mszału rzymskiego wprowadził to święto papież Sykstus IV w 1479 roku. Papież Grzegorz XV w 1621 roku rozszerzył je na cały Kościół. Potwierdził je papież Urban VIII w 1642 roku. W wieku XIX przełożeni generalni 43 zakonów wystosowali do papieża prośbę, do ojców soboru, o ogłoszenie św. Józefa patronem Kościoła. Papież Pius IX przychylił się do prośby i dekretem Quaemadmodum Deus z dnia 10 września 1847 roku wprowadził odrębne święto liturgiczne Opieki świętego Józefa. Wysłał też list do biskupów świata z wyjaśnieniem i uzasadnieniem, jakie pobudki skłoniły go do ustanowienia tego święta.

      Papież wyznaczył to nowe święto na III Niedzielę Wielkanocy. To święto obchodzili już przedtem karmelici (od roku 1680), augustianie (od 1700), a potem dominikanie z oktawą (1721). Papież Pius X przeniósł to święto na drugą środę po Wielkanocy i podniósł ją do rangi pierwszej klasy. Zmienił jednocześnie nazwę święta na: świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, Wyznawcy, Patrona Kościoła Powszechnego. Na dzień uroczystości wyznaczył tenże papież środę po drugiej niedzieli Wielkanocy. Papież Pius XII zniósł to święto, ale w jego miejsce w roku 1956 wprowadził nowe święto tej samej klasy: Św. Józefa Pracownika (1 maja). Tak pozostało dotąd, z tym jednak, że ranga tego drugiego święta została obniżona do wspomnienia (1969). Tytuł zaś Patrona Kościoła Świętego Pius XII dołączył do święta 19 marca.

      Papież Benedykt XIII w roku 1726 włączył imię św. Józefa do litanii do Wszystkich Świętych. Benedykt XV włączył również wezwanie o św. Józefie do modlitw zaczynających się od słów: "Niech będzie Bóg uwielbiony". Papież Leon XIII wydał pierwszą w dziejach Kościoła encyklikę o św. Józefie: Quamquam pluries. Papież św. Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa do publicznego odmawiania i dodał do niej wezwanie: "Święty Józefie Opiekunie Kościoła Świętego". Papież Leon XIII wprowadził do modlitw po Mszy świętej osobną modlitwę do św. Józefa (1884). Papież Benedykt XV do Mszy świętej włączył osobną prefację o św. Józefie (1919). Do dziś lokalnie bywa także obchodzone (w niektórych zakonach i miejscach) święto Zaślubin Maryi ze św. Józefem (23 stycznia).

      Apokryfy i pisma Ojców Kościoła wysławiają jego cnoty i niewysłowione powołanie - oblubieńca Maryi, żywiciela i wychowawcy Jezusa. Jest patronem Kościoła powszechnego, licznych zakonów, krajów, m.in. Austrii, Czech, Filipin, Hiszpanii, Kanady, Portugalii, Peru, wielu diecezji i miast oraz patronem małżonków i rodzin chrześcijańskich, ojców, sierot, a także cieśli, drwali, rękodzielników, robotników, rzemieślników, wszystkich pracujących i uciekinierów. Wzywany jest także jako patron dobrej śmierci.

      W ikonografii św. Józef przedstawiany jest z Dziecięciem Jezus na ręku, z lilią w dłoni. Jego atrybutami są m. in. narzędzia ciesielskie: piła, siekiera, warsztat stolarski; bukłak na wodę, kij wędrowca, kwitnąca różdżka (Jessego), miska z kaszą, lampa, winorośl.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 11:47
    • Zapomniane prawdy - O nieomylności kanonizacji

      "Dowodzą pierwsi, że zgodnie z nauką św. Tomasza nie jest prawdą wiary, że papież jest nieomylny w kwestii kanonizacji i że kanonizowani są świętymi, to jest że cieszą się wizją uszczęśliwiającą, gdyż Bóg nie objawił, iż dany błogosławiony kanonizowany przez papieża dostąpił chwały wiecznej, nie jest to też zawarte w Piśmie św. ani w Tradycji: tak więc deklaracja papieża czyniona podczas kanonizacji, że dana osoba jest świętym i powinna być czczona przez cały Kościół, nie dotyczy wiary bezpośrednio, ale jedynie w sposób reduktywny, z powodu związku, który [ta deklaracja] ma z prawdami wiary wyznawanymi przez nas zgodnie z Pismem św. o chwale świętych; w ten zatem sposób wierzymy, idąc za przewodem świętej wiary, że Kościół ma władzę kanonizowania świętych. Tak więc w tym, co dotyczy tej kwestii, mówią: należy utrzymywać, że ten, kto zaprzecza papieskiej nieomylności przy kanonizacji nie jest wolnym od cenzury teologicznej, a tym mniej jest od tej cenzury wolny ten, kto neguje, że osoba kanonizowana przez papieża jest świętym; lecz taki człowiek nie byłby jednak heretykiem formalnym, ponieważ do zaistnienia herezji formalnej konieczne jest, aby błąd był bezpośrednio skierowany przeciwko wierze, jak wiadomo z nauki św. Tomasza wyżej przytoczonej, z którą zgadza się tekst w rozdz. super quibusdam: "O znaczeniu pewnych słów" oraz w kan. "Heretycy" n. 24, q. 1.

      Zatem, abyśmy tej kwestii koniec wreszcie położyli: Wyjaśniamy że, jeżeli nie jest heretykiem, to w każdym razie jest nierozważnym, gorszącym cały Kościół, krzywdę wyrządzającym Świętym, sprzyjającym heretykom odrzucającym władzę Kościoła co do kanonizacji Świętych, trącącym herezją, jako że ściele drogę niewiernym do wyszydzenia wiernych, a także szerzycielem błędnego twierdzenia i zasługującym na najcięższe kary jest ten, kto by śmiał twierdzić, że Papież zbłądził w tej lub owej kanonizacji i temu albo owemu Świętemu przez niego kanonizowanemu nie należy oddawać czci: jak to dowodzą także ci, którzy nauczają, iż nie jest prawdą wiary, że Papież jest nieomylny w kanonizacji Świętych, i że nie jest prawdą wiary, iż ten lub ów kanonizowany jest Świętym..." 

      Papież Benedykt XIV, De Beatificatione et Canonizatione Sanctorum, s. 336

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 10:52
    • x. Prusak SJ odpowiada Piotrowi Kaznowskiemu

      Piotr Kaznowski pomylił moje poglądy z poglądami rzeczników progresizmu – ja nie wierzę w „ducha czasów”, tylko w Ducha Świętego. Zadaniem chrześcijanina jest przełożenie wiary na pytania i problemy teraźniejszości.
      Polemiczny tekst Piotra Kaznowskiego przeczytałem z mieszanymi uczuciami. W niewielkim tylko stopniu jest on rzeczową polemiką z moimi tezami, bardziej amatorską diagnozą mojej osobowości i ściągą z książki Mateusza Wernera „Wobec nihilizmu”, która ani nie jest napisana przez teologa, ani nie dotyczy tematów, które poruszałem.

      To, co wieści Werner w sprawie „projektu nowoczesności”, nie wyznacza mojej perspektywy badawczej i stanowi wątpliwą podpórkę dla uzasadnienia teologicznej tezy de Lubaca, że „albo natura zostanie schrystianizowana, albo chrześcijaństwo znaturalizowane”. Wypominanie mi w tym kontekście „uproszczonej dialektyki dobrego-złego” i posądzanie o „gnostyckie bluźnierstwo” z powodu „snucia wizji oscylujących między czasem sprzed grzechu pierworodnego a millenarystycznym eschatonem zrealizowanego Soboru” to popis słownej żonglerki nastawionej na wywołanie emocji, a nie racjonalna ocena moich wypowiedzi.

      Rozumiem jednak, że Kaznowski jako historyk filozofii nie musi zdawać sobie sprawy z istnienia różnicy w napięciu pomiędzy eschatologią kontynuacji (ciągła linia pomiędzy obecną aktywnością człowieka a eschatologicznym dopełnieniem w celu dowartościowania obecnej aktywności) a eschatologią dyskontynuacji, podkreślającą transcendentalny wymiar dopełnienia i wskazującą niebezpieczeństwo niedocenienia obecnej historii. Sobór nie zrealizował żadnego „millenarystycznego eschatonu”, jest natomiast „nową epifanią” według słów („wizji”) Jana XXIII z 6 lutego 1962 r. Kaznowskiemu proponuję oprócz doczytania historii Soboru lekturę ważnej książki dobrze zapowiadającego się teologa o. Piotra Napiwodzkiego OP pt. „Bliżej, niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei” (W drodze 2010), która wskaże mu, jak myśleć o eschatologii w teologicznych, a nie filozoficznych kategoriach.

      Czytelnikom zostawiam ocenę, który z nas jest „fundamentalistą”. Po reakcji Kaznowskiego widzę, że moja wcześniejsza diagnoza pewnego typu mentalności trafiła w jego czuły punkt, skoro od tego zaczął polemikę. Nie będę się odnosił do socjologicznych analiz „ponowoczesności jako źródła cierpień”, bo mam ten przywilej, że w odróżnieniu od prof. Zygmunta Baumana, którego pisarstwo bardzo sobie cenię, w ocenie historii odwołuję się do wiary i z niej czerpię nadzieję, a cierpiętnictwo neotradycjonalistów uważam za religijną postać nerwicy naszych czasów. Nieprzepracowana żałoba po dawnej i w dużej mierze zmitologizowanej „Christianitas” nie pozwala im żyć w teraźniejszości otwartej na przyszłość, więc melancholię utożsamiają z pobożnością.

      Czytaj dalej

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „x. Prusak SJ odpowiada Piotrowi Kaznowskiemu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 10:38
    • FRONDA TV - Nowy Feminizm

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 10:35
    • Recenzja książki: Rozwój reformy liturgicznej

      Niedawno wydawnictwo Roman Catholic Books wydało anglojęzyczną wersję książki autorstwa Mons. Nicoli Giampietro „Rozwój reformy liturgicznej widziany oczyma Ferdynanda kard. Antonelliego w latach 1948-1970”, będącej kolejną relacją dotyczącą historii reformy liturgicznej XX w. postrzeganą z przez pryzmat osobistych pamiętników i zapisków kardynała z lat 1948-1970.

      Pozycja ta to pewnego rodzaju paralela względem zapisków samego abp Annibale Bugniniego (a po nim abp Piero Mariniego) w przedmiocie reformy liturgicznej XX wieku (Reforma liturgii: 1948-1975 oraz Ambitna reforma: Realizacja wizji odnowy liturgicznej w latach 1963-1975). Książka jest osobistą relacją wydarzeń tamtego okresu oraz reakcją na nie, widzianą oczyma osoby będącej w bezpośredniej styczności z reformą (w rzeczy samej, bezpośrednio w nią zaangażowanej) i ukazaną z zupełnie innej perspektywy.

      Książka spotkała się z ciepłym przyjęciem wielu, bowiem stanowi ważny przyczynek do uzupełniania historii reformy i ma szczególne znaczenie dla ruchu reformy reformy.

      Nikt inny tylko sam kard. Ratzinger stwierdził w 2002r. odnosząc się do pierwotnego wydania pozycji, że książka „przedstawia poglądy, które stawiają pytania i dostarczają istotnego materiału do dyskusji nt. reformy liturgicznej przed Soborem Watykańskim II i po nim."

      Po ukazaniu się angielskiego wydania książki sam Antonio kard. Canizares Llovera, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, napisał do Mons. Giampietri (członka tejże kongregacji), że:

      Książka ta jest istotnym przyczynkiem do badania reform liturgicznych XX wieku... bowiem po raz pierwszy udostępnia w j. angielskim dokumenty księdza (późn. kardynała) Antonelliego, jednego z propagatorów odnowy liturgicznej tamtejszego okresu. Antonelli włączył się w reformę ze sporym entuzjazmem... i wytrwał w nim do roku 1970r., gdy spostrzegł, że porzucono umiarkowanie w zakresie reformy liturgicznej, którego był zwolennikiem.

      W ocenie Antonelliego brak zdrowych podstaw teologicznych sprawił, że Consilium... w sposób znaczący odbiegło od prawdziwej odnowy będącej intencją Soboru.

      Na koniec w przedmowie do wydania anglojęzycznego książki, abp Malcolm Ranjith — były sekretarz Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów — stwierdza (w szkicu, który sam w sobie jest wart przeczytania), że zapiski te „[pomagają] zrozumieć złożoność wewnętrznego mechanizmu reformy liturgicznej zarówno przed soborem jak i bezpośrednio po nim". Abp Ranjith pisze dalej tak:

      Ołówkowe zapiski kard. Antonelliego nabierają nowej doniosłości. Jeden z najwybitniejszych i głęboko zaangażowanych członków Consilium, który nadzorował proces reformy, kard. Antonelli może ułatwić nam zrozumienie wewnętrznej polaryzacji leżącej u podstaw różnych decyzji podejmowanych w ramach reformy i dodać nam odwagi do naprawy i rewizji błędów, które wkradły się do reformy i stoją w sprzeczności z godnością liturgii...

      Zapiski kard. Antonelliego ukazują człowieka wielkiej wiary i człowieka Kościoła zmagającego się z wewnętrznymi prądami, które odcisnęły piętno na pracach związanych z Consilium ad exsequendam Constitutionem de Sacra Liturgia. Treść pamiętników pokazuje niemalże wprost radości i smutki a czasem też lęki purpurata związane z kierunkiem obranym przez reformę, podejście wpływowego duchowieństwa oraz ryzykowność charakteryzującą niektóre wprowadzone zmiany...

      Nade wszystko jednakże zapiski są swoistym studium, które otwiera nam oczy na drugą stronę pełnego [wtenczas] euforii przedstawiania reformy soborowej przez innych współczesnych [mu] autorów.

      Wydanie angielskie tego ciekawego studium z pewnością może przyczynić się znacząco do mającej miejsce debaty wokół posoborowych reform liturgicznych.

      Jak dość powszechnie wiadomo nazwisko Antonelliego nie wszystkim kojarzy się bezpośrednio z reformą liturgiczną. Dlatego też ks. Nicola Giampietro poświęcił dwa pierwsze rozdziały biografii franciszkańskiego kardynała i ścieżce jego formacji akademickiej i liturgicznej, które z pewnością będą mile widziane i staną się osnową pozostałych rozdziałów.

      Po części biograficznej następuje część poświęcona reformom liturgicznym za panowania Piusa XII (w tym reformom Wielkiego Tygodnia), które obejmują następujące rozdziały:

      * studium przygotowawcze oraz częściową próbę dokonania ogólnej reformy liturgii za Piusa XII
      * reformę Wigilii Uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego
      * dekret De Solemni Vigilia Paschali Instauranda
      * reformę liturgii Wielkiego Tygodnia oraz Ordo Hebdomadae Sanctae Instauratus

      Po ww. rozdziałach przechodzimy do okresu soborowego, obejmującego m. in. przygotowanie Konstytucji Sacrosanctum Concilium, czyli:

      * przygotowanie Sacrosanctum Concilium, 1960-1963
      * historyczne i duszpasterskie przyczyny reformy liturgicznej
      * od Consilium ad exesequendam Constitutionem de Sacra Liturgia do Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów
      * instrukcję Inter Oecumenici (1964)
      * osobiste zapiski Antonelliego dotyczące rozwoju reformy (1968-1971)

      Mons. Giampietro jest naszym przewodnikiem po każdym z rozdziałów stanowiących sprawozdanie Antonelliego z tamtych wydarzeń i jego refleksjach.

      Na uwagę zasługuje również spory załącznik „O dziejach Komisji papieskiej ds. reformy liturgii świętej oraz jej pracach w latach 1948-1960", który zaznajamia czytelnika ze szczegółami przedsoborowych prac i debat wokół liturgii, w tym wysuwanych propozycji i dyskusji osób pokroju Antonelliego, a także dostojników takich jak Mons. Enrico Dante czy przyszły kard. Bea. Protokoły te przedstawiają fascynujące spostrzeżenia i obraz tamtych wydarzeń i z pewnością będą wartościowym i ciekawym elementem dla osób zainteresowanych przedmiotem reformy liturgicznej XX w., zwłaszcza w okresie tuż przed Soborem.

      Bez wątpienia książka jest ogólnie wartościową pozycją, obejmującą okresy przedsoborowy i posoborowy, a także istotnym dodatkiem do zbioru materiałów w przedmiocie reformy. Dla zainteresowanych, a zwłaszcza osób, które już zainwestowały w zapiski kard. Bugniniego i ks. Mariniego z tamtych czasów, książka jest niezbędnikiem w uzupełnianiu dotychczasowej wiedzy.

      Tytuł oryginału: The Development of the Liturgical Reform: As seen by Cardinal Ferdinando Antonelli from 1948 - 1970 by Msgr. Nicola Giampietro

      tłum. za NLM: Anna Kaźmierczak

      Źródło informacji: NOWY RUCH LITURGICZNY

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 10:26
    • Piotr Koznowski - Ocet jako źródło cierpień

      Pisząc, że Kościół poza nowoczesnością nie jest zrozumiały, i zarzucając „neotradycjonalistom”, że nie lubią świata, ks. Prusak sam daje świadectwo niezrozumienia nowoczesności i niechęci dla naszych czasów.

      Sobór Watykański II w konstytucji „Gaudium et spes” wzywa do badania „znaków czasu”. W związku z kryzysem Kościoła ostatnich dekad, papieże apelowali więc o ponowne przemyślenie nauczania Soboru w świetle Tradycji. Kłopot w tym, że podczas sytuacji kryzysowych spokojną refleksję często tłumi pokusa fundamentalizmu, który mądrość składa na ołtarzu bezpieczeństwa „pewności za wszelką cenę”. Czytając tekst ks. Jacka Prusaka „Niech żyje Sobór!” („TP” nr 07/10), odniosłem wrażenie, że ta pokusa nie jest obca Autorowi.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 marca 2010 01:08
  • czwartek, 18 marca 2010
    • Jak to dawniej bywało c.d.

      Biskup Holyoke podczas wizytacji, MA, USA, Czerwiec 1953

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 11:08
    • Porno w niemieckiej świątyni katolickiej

      Rysunek nagiej kobiety i dwóch mężczyzn z penisami w stanie erekcji – to jedna z ilustracji, którą można zobaczyć w parafii Najświętszego Serca Jezusowego w niemieckim Erlangen. Wierni są zszokowani wystawą „Siedem grzechów głównych”, a obrońcy życia zaskarżyli proboszcza do prokuratury za rozpowszechnianie pornografii.

      Rysunek przedstawia grubą nagą kobietę w wyzywającej pozie, obok której stoi dwóch wyraźniej mniejszych mężczyzn z penisami w stanie erekcji. Wystawa „Siedem grzechów głównych”, autorstwa norymberskiego artysty Beli Farago, ma stać w kościele przez cały Wielki Post. Tego chce proboszcz katolickiej parafii, ks. Wolfgang Döll, który „otwiera swoich wiernych na sztukę współczesną”.

      Część parafian jest jednak innego zdania – uważają, że w kościele nie ma miejsca dla obsceny. Ich bohaterem stała się Marianne Schröppel – starsza pani, która zwinęła kontrowersyjny rysunek i schowała na terenie kościoła. Niestety, proboszcz go znalazł i powiesił na miejsce.

      Między oburzonymi wiernymi a proboszczem mediował przewodniczący rady parafialnej. W wyniku ustaleń wystawa będzie zakryta w każdą niedzielę. To jednak nie wystarcza przeciwnikom wystawy. - To obraza boska. Nie ma miejsca na grzech w pobliżu tabernakulum. Jedyne miejsce dla grzechu w kościele jest w konfesjonale. Jednak w „Najświętszym Sercu” nie ma już konfesjonałów – mówi jeden z nich, pragnący zachować anonimowość.

      Parafian, którym rysunek nie odpowiada, wsparła lokalna organizacja pro-life „Inicjatywa Nigdy Więcej!”. Zgłosiła ona do prokuratury zarzut wobec proboszcza i miejscowego referenta pastoralnego, który także broni wystawy, o rozpowszechnianie pornografii. Obrońcy życia chcą po zakończeniu wystawy zabezpieczyć rysunki jako materiał dowodowy.

      sks/Erlanger-Nachrichten.de

      Źródło informacji: FRONDA.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 10:56
    • Tradycyjna liturgia jest żywa. Wywiad z o. Vincenzo Nuara OP

      Za stroną Introibo ad altare Dei przytaczamy wywiad, którego o. Vincenzo Nuara OP udzielił pismu “Radici Cristiane” w grudniu 2009 na temat znaczenia odkrycia starego rytu rzymskiego. O. Nuara jest założycielem stowarzyszenia “Amici­zia Sacerdotale Summorum Pontificum” i grupy świeckich “Giovani e Tradizione, jest także członkiem Komisji Pontyfikalnej Ecclesia Dei.

      Ojcze Nuara, w ubiegłym roku konferencja poświęcona Motu proprio Summorum Pontificum rozbrzmiała szerokim echem w mediach. Czy to oznacza, że temat liturgii jest ważniejszy, niż można by było to sobie wyobrazić?

      - To zaskakujące, ale prawdziwe. Poprzez liturgię Kościół mówi, w co wierzy, czym jest oraz naucza, jak być w jedności ze swym Panem i Zbawicielem. Zainteresowanie wzbudzone przez tradycyjną liturgię, przede wszystkim po publikacji Motu proprio, znacznie wzrosło, jako że ta stara liturgia wzywa do piękna, sakralności i misterium. Dzisiejszy człowiek, a w szczególności młodzi, czują się zafascynowani liturgią, która obecna była przez stulecia chrześcijaństwa, która była chwałą i siłą Kościoła w trudnych momentach oraz czasach prześladowań, jako że łączy to co ludzkie i boskie we wspaniałą syntezę poprzez język symboli, gestów rytualnych i sakralne formuły, będące doskonałym wyrażeniem wiary Kościoła, w jedynej relacji między lex orandi lex credendi.

      Jakie są sygnały o wzrastającym zainteresowaniu tradycyjną liturgią z perspektywy minionego roku?

      - Wzrasta ilość odprawianych Mszy św., jest wiele wiernych proszących swoich pasterzy o tę liturgię. Są debaty na różnych poziomach, organizuje się przede wszystkim konferencje i konwenty na ten temat. Poza tym rozumie się, jak bardzo wierni są zmęczeni liturgią, która chce być powtórzeniem i odtworzeniem dnia powszedniego, która aby móc być „zrozumianą” lub aby móc w niej „uczestniczyć” , stale ociera się o banalność i niechlujność.

      Człowiek wszystkich czasów wie bardzo dobrze, że istnieje linia graniczna między niebem i ziemią, między tym co ludzkie i boskie, a owa granica jest przestrzegana i stanowi różnicę… Między innymi ta liturgia wyraża w pełni to, co jest prawdziwe, dobre i piękne i co Kościół głosi od 2 tysięcy lat.

      Jednym z owoców ubiegłorocznej konferencji było powstanie stowarzyszenia “Amici­zia Sacerdotale Summorum Pontificum”. Może nam ojciec powiedzieć o zainteresowaniu kapłanów Mszą w starym rycie?

      - Zainteresowanie kapłanów, przede wszystkim młodych, jest dość duże. “Amici­zia Sacerdotale Summorum Pontificum” rozwija się spontanicznie, gdyż kapłani czują potrzebę odzyskania korzeni swojego powołania, swojej tożsamości, zrozumienia swojej prawdziwej misji.

      Kapłani ci są pierwszymi, którzy zdają sobie sprawę z tego, iż obecna liturgia nie funkcjonuje należycie i jest w kryzysie, podobnie jak i teologia, która ją stworzyła, jako że sprawiła, że sami kapłani utracili swoją własną tożsamość a wiara wielu wiernych stała się przez nią „rozmyta”.

      Obecna teologia, w rozpaczliwym akcentowaniu powszechnego kapłaństwa wiernych względem ministerialnego kapłaństwa, osłabiła to ostatnie, które w Kościele zawsze było silne. W minionych latach uczestniczyliśmy w klerykalizacji świeckich i zeświecczeniu księży: to owoc owej myśli tak szeroko rozpowszechnionej.

      W starej liturgii kapłani odnajdują swoje miejsce, to jest swoją tożsamość, przejrzystość wiary, swoją prawdziwą misję, głębokie poczucie bycia dla Boga, dla Kościoła oraz dla ludzi według Traditio Ecclesiae. Poza tym kapłani zaczynający poznawać i celebrować w tej liturgii z naturalnością i entuzjazmem podchodzą do studiowania dogmatyki i Magisterium Kościoła, mając św. Tomasza za nauczyciela – który dla wielu jest całkowitą nowością – i odkrywają jego piękno oraz głębię, sycącą umysł i ducha.

      Wydaje się, że wielu z tych kapłanów jest bardzo młodych. Od czego zależy ten fenomen?

      - To młodzi jako pierwsi rozumieją zmiany i różnice, pragną piękna, wewnętrznego pokoju, którego nie znajdują w świecie oraz ewangelicznego radykalizmu. Wielu przybliża się z ciekawości, inni ponieważ aktualna liturgia już ich nie satysfakcjonuje, inni z kolei ponieważ zdają sobie sprawę, że jest coś, co nie funkcjonuje… Jeszcze inni, ponieważ kampania opozycji do tradycyjnej liturgii w ich środowiskach formacji odniosła przeciwny efekt: chcą zobaczyć na własne oczy i zrozumieć. Zakazywanie, uniemożliwianie jedynie w drodze administracyjnych decyzji, przez ideologiczne uprzedzenia nie przynosi nigdy dobrych owoców a ci młodzi chcą poznać starą liturgię także dlatego że czują potrzebę identyfikacji swoich korzeni.

      Kościół żyje od 2 tysięcy lat, nie powstał 40 lat temu a jego korzenie da się bardzo dobrze rozpoznać w jego wiecznej liturgii.

      Co może Ojciec nam powiedzieć o prelegentach biorących udział w konferencji z minionego roku?

      - Intelekt i duchowość prelegentów w tym roku były wielką siłą dla konferencji i owocem łask, jakie wyda ona dla dobra Kościoła, o czym jestem głęboko przekonany.

      Inicjatywa Ojca charakteryzuje się ścisłym posłuszeństwem papieżowi oraz wspieraniem jego poczynań...

      - Ubi Petrus, ibi Ecclesia. Katolik nie może pracować w Kościele nie żyjąc bez poczucia tej prawdy chrześcijańskiej. Prawda jest w Kościele, nie ma jej poza nim, i nie ma prawdy bez Tradycji.

      Jednakże nie ma też Tradycji bez kościelnej jedności (komunii) a ta uobecnia się w pierwszym rzędzie poprzez komunię z Wikariuszem Chrystusa, papieżem, który prowadzi Kościół w imieniu samego Chrystusa. Oprócz tego każda posługa w Kościele wymaga pokory, uległości naukom papieskim oraz bezwarunkowego posłuszeństwa: jest ono od zawsze mocą Kościoła katolickiego.

      Jakich owoców spodziewa się Ojciec z wykonywanej pracy?

      - Oczekuję, że wysiłki ubiegłych lat posłużą do osiągnięcia pokoju, zgody, jedności w Kościele zgodnie z życzeniem Ojca Świętego, na rzecz nowego etapu szerzenia wiary katolickiej poprzez starą liturgię. Życzę sobie również, aby tradycyjna liturgia uzyskała godność i pełną wolność w kościelnym życiu bez uprzedzeń i odrzuceń: niech nam pomoże w tym Najświętsza Maryja Panna.

      Co Ojciec może powiedzieć na temat publicznej Mszy pontyfikalnej w Bazylice św. Piotra?

      - To było historyczne wydarzenie, które miejmy nadzieję, że utoruje drogę innemu wydarzeniu. Po 40 latach w Bazylice św. Piotra została odprawiona po raz pierwszy solenna Msza św. pontyfikalna w klasycznym rycie rzymskim przez Prefekta Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej, ks. arcybiskupa Burke: to ogromna łaska Boża, znak nowego etapu, pociecha i wielka nadzieja. Tradycyjna liturgia jest żywsza niż kiedykolwiek, a Kościół o niej nie zapomniał.

      A pozdrowienie papieża podczas modlitwy “Anioł Pański”?

      - Ojciec Święty swoim pozdrowieniem uczestników konferencji potwierdził, że owe dni były czasem łaski, docenił także wielkie zaangażowanie oraz pracę jej uczestników. Wśród niemalże całkowitego milczenia w mediach, głos Ojca Świętego przybył z góry jako potwierdzenie: o tym jesteśmy wszyscy dogłębnie przekonani i dziękujemy mu nieskończenie, zapewniając go, że nie pozostawimy go samego w tym cudownym dziele.


      da Radici Cristiane n. 50, dicembre 2009

      tłum. Agnieszka Zuba

      Źródło informacji: NOWY RUCH LITURGICZNY

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 10:43
    • Zapomniane prawdy c.d.

      Przyjęcie wspólnot anglikanów do Kościoła katolickiego jest zgodne z ekumenizmem, bo celem ekumenizmu jest zjednoczenie z Kościołem katolickim

      kard. Joseph Levada, prefekt Kongregacji Nauki Wiary.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 01:11
    • Spór o beatyfikację Jana Pawła II

      Od czasu, gdy podczas pogrzebu polskiego papieża w 2005 roku wierni wznosili okrzyki "santo subito", decyzję w sprawie wyniesienia go na ołtarze uważano za oczywistą. Pytano najwyżej o termin uroczystości

      Jednak niedawno, 6 marca 2010 roku, na francuskiej stronie internetowej "La Porte Latine" swoje wątpliwości przedstawili lefebryści. Opat Patrick de La Rocque z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X napisał, że Jan Paweł II wielokrotnie łamał pierwsze przykazanie "nie będziesz miał bogów cudzych przede mną". Traktował Koran jak Słowo Boże, uważał Jana Chrzciciela za protektora islamu, a także brał udział w animistycznych kultach w świętych lasach Togo i modlił się na sposób żydowski pod Murem Płaczu.

      Prezentujemy trójgłos na ten temat:

      x. Karl Stehlin FSSPX: Zgorszenie dla wiernych

      Cezary Gawryś: To był święty człowiek

      Stanisław Obirek: Nikt nie był tak otwarty

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 01:07
  • wtorek, 16 marca 2010
    • Niezwykłe spotkanie muzułmanów i masonów przed wyborami we Francji

      Lewicowi politycy, zasłużony mason i muzułmańscy działacze. To uczestnicy debaty, jaka w ostatnich dniach kampanii wyborczej przed wyborami samorządowymi, odbyła się na przedmieściu Paryża, zamieszkanym głównie przez imigrantów. Parę dni później lewica zdecydowanie wygrała wybory samorządowe.

      W spotkaniu udział wzięli Philippe Guglielmi, pierwszy sekretarz Partii Socjalistycznej departamentu Seine-Saint-Denis i Gérard Cosimi, przewodniczący Radykalnej Partii Lewicowej (PRG) tego samego departamentu. Miejscowe muzułmańskie stowarzyszenia reprezentowali znani lokalni działacze, którzy byli jednocześnie gospodarzami spotkania.

      Philippe Guglielmi jest byłym Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Francji. Natomiast jeśli chodzi o PRG, to jest uznawana za emanację polityczną Wielkiego Wschodu. Czyżby krótko przed wyborami lokalnymi we Francji stróże laickości złowili głosy muzułmanów?

      MaRo/Uam93.com

      Źródło informacji: FRONDA.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 marca 2010 21:52
  • poniedziałek, 15 marca 2010
    • Jan F. Libicki: "Seksskandale albo z dziejów liberalnej hipokryzji. A ku pokrzepieniu wiernych…"

      Media znów donoszą o kolejnych, kościelnych skandalach seksualnych. Niemieckie gazety rozpisują się na temat ratyzbońskiego chóru chłopięcego. Ich zdaniem, przed laty miało tam dochodzić do przypadków pedofilii. Zważywszy, że przez lata kierował nim brat papieża – ksiądz Georg Ratzinger – kwestia ta dotyka samego Benedykta XVI. Zresztą nie oszczędzono i jego personalnie.

      Inna gazeta utrzymuje, że w latach 80-tych – będąc arcybiskupem Monachium – miał przyjąć do swej diecezji duchownego podejrzanego gdzie indziej o to przestępstwo. Sam papież zajął w tej sprawie niezwykle twarde stanowisko. Pedofilię nazwał odrażającą zbrodnią i ciężkim grzechem. Stolica Apostolska pracuje nad nowymi – niezwykle surowymi normami – które będzie się stosowało w takich przypadkach. Po doświadczeniach Irlandzkich, Amerykańskich i Niemieckich Wikariusz Chrystusa postanowił z tym skończyć. Z pewnością wykaże tu charakterystyczną dla siebie determinacje. Problem jest poważny. Jak wygląda? No i jak ocenić ten zgiełk świata towarzyszący kościelnym seksskandalom?

      Zjawisko z całą pewnością istnieje. I z pewnością też – w ogromnej liczbie przypadków - było tuszowane. Liczni hierarchowie zamiatali je pod dywan. Trwało to latami, a dziś zbieramy tego owoce. Niemiecki papież postanowił z tym walczyć. Stąd właśnie dokumenty kościelne o szybszym przenoszeniu do stanu świeckiego czy o zakazie udzielania święceń kapłańskich mężczyznom o skłonnościach homoseksualnych. To na początek, ale jak wspomniałem, szykują się dalsze wytyczne. Tymczasem jak reaguje liberalny świat? Ten, który często jest piewcą takich zachowań? Piętnuje Kościół, wzywa do zniesienia celibatu, do modyfikacji dyscypliny kościelnej (w odpowiedzi na to Benedykt XVI nazwał celibat kapłański świętością). Nikt z przedstawicieli mediów nie broni tych niegodnych kapłanów. Nie szuka okoliczności łagodzących. Każe papieżowi działać choć ten działa już od dawna. Te zachęty, wezwania, potępienia i rady wydają się słuszne. Nasuwa się jednak tu pewne pytanie. Czy idzie tu o dobro ofiar i potępienie odrażającego zjawiska pedofilii? Czy tylko o to? Czy też seksskandale traktowane są jako kolejne narzędzie walki z Kościołem, jego nauczaniem i misją? Narzędzie dobre bo chwytliwe. Bo pod autentycznymi dramatami zawinionymi – w różnym stopniu przez ludzi Kościoła – schować można własne liberalne postulaty w cywilizacyjnej wojnie. Postulaty, których ten Kościół – obrońca ładu naturalnego – jest jedynym realnym przeciwnikiem. Sądzę, że chodzi właśnie o to. Dlaczego? A no dlatego, że przed kilkoma miesiącami głośno było o innym, zadawnionym przypadku pedofilii. Przypadku Romana Polańskiego. Jak słusznie zauważył w sobotniej Rzeczpospolitej Tomasz Terlikowski odezwały się wówczas środowiska liberalne. Głównie artyści i politycy. Co mówili? A to, że ofiara reżysera była małoletnią prostytutką (K. Zanussi). A to, że małolaty często pakują się artystom do łóżka (D. Stalińska). A to, że Polański jest człowiekiem roztargnionym, mogącym nie zauważyć niepełnoletniości swej ofiary (to – osobiście lubiany przeze mnie - kolega poseł Kutz). Człowiek słucha i własnym uszom nie wierzy. Przecież mówimy tu o pedofilii. O zjawisku, za którego tolerowanie światowa opinia medialna rozpętuje burze przeciw Kościołowi. Nota bene nikt z ludzi Kościoła nigdy tego nie usprawiedliwiał. Nie mówił o prowokowaniu katów przez ofiary. O tym, że warto zmodyfikować zasady funkcjonowania środowisk artystycznych, gdyż ich obecny sposób życia rodzi rozwiązłość (co proponuje się w odniesieniu do celibatu). Istny festiwal hipokryzji! Warto o owym festiwalu pamiętać. To ważny przyczynek do dziejów funkcjonowania cywilizacji i kultury liberalnej.

      Źródło informacji: KONSERWATYZM.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 marca 2010 22:53

Kalendarz

Maj 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Msza trydencka w Polsce

BAZA DOKUMENTÓW PAPIESKICH

Toplista Tradycji