RZYMSKI KATOLIK

BLOG POŚWIĘCONY KATOLICKIEMU TRADYCJONALIZMOWI

Wpisy

  • czwartek, 08 kwietnia 2010
    • Cassian Folsom OSB - Ryt rzymski czy ryty rzymskie?

      Niniejszy wykład różni się od dwóch poprzednich o tyle, że zajmuje się raczej praktyką niż teorią. Fundamenty teologiczne i antropologiczne liturgii mają kapitalne znaczenie, ale gdy zostaną określone, trzeba na nich budować: liturgia powinna być celebrowana w tym, co jest w niej najbardziej konkretne. Niniejszy wykład zajmie się zbadaniem dawnych praktyk liturgicznych, aby zasugerować pewne postawy względem obecnych praktyk liturgicznych.

      Pierwotny tytuł wykładu został sformułowany jako pytanie: „Ryt rzymski czy ryty rzymskie?” Chciałbym przeformułować temat w twierdzenie, jakby w tezę, której należy dowieść: „Wewnątrz jedności rytu rzymskiego jest miejsce dla uprawnionej różnorodności rozmaitych zwyczajów”. Twierdzenie to jest bardzo proste, prawie banalne, ale czasami zwykłe powtórzenie rzeczy prostych może być pożyteczne. Po pierwsze, zdefiniuję terminy użyte w tym twierdzeniu. Po drugie, postaram się dowieść tezy z punktu widzenia historii liturgii.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 kwietnia 2010 00:59
  • środa, 07 kwietnia 2010
    • Daniel-Rops - Niedziela w kościele św. Seweryna (1956)

      Suma o godzinie dziewiątej. Stary kościół, tak drogi sercu Huysmansa, jest pełen po brzegi. Tłum mieszany, bardzo odmienny od tego, który wypełnia kaplicę w czasie tych późnych Mszy w eleganckich dzielnicach miasta, dobrze mi znanych, na których najwidoczniej jest się wśród ludzi dobrze usytuowanych. Tutaj zaś jest towarzystwo mieszane: wielu studentów, mieszczan zasobnych, ale także pokaźna liczba przedstawicieli ubogich w tej dzielnicy — jednej z najnędzniejszych dzielnic Paryża. Wiedziałem o ogromnym wysiłku, dokonanym w kościele Świętego Seweryna w celu przywrócenia pierwotnego znaczenia temu staremu, wykoślawionemu słowu: parafia. Już na pierwsze wejrzenie uderzają rezultaty tego wysiłku. To umieszczenie w ławkach obok siebie dla wspólnej modlitwy hrabiny i ostatniego z proletariuszy... Parafia stała się gminą chrześcijańską.

      Oto widzimy przebieg jednej z tych prób, w których Kościół we Francji pokłada nadzieję swego odrodzenia. Podobnie jak w każdej innej dziedzinie, prawdziwie skutecznym środkiem jest w takim wypadku powrót do źródeł. Trzeba przywrócić parafii realność tych wymagań braterskich, które miała w dawnych wiekach, gdy chrześcijanie stanowili mniejszość, narażoną na niebezpieczeństwa. Trzeba wpoić w tych ochrzczonych przekonanie, że nie tworzą oni bezkształtnej masy, gromadzącej się tylko przypadkowo, na godzinę co niedziela, ale że wszyscy razem są żywą cząstką mistycznego ciała Chrystusa.

      Odkąd książka kochanego księdza Michonneau: Paroisse, communaute missionnaire uczyniła wyłom w starym murze rutyny, to tu, to tam pojawiają się analogiczne próby, odmienne formą w zależności od środowisk i dzielnic, identyczne w zasadniczych swych intencjach. Widziałem Colombes, gdzie w kościele Świętego Piotra i Pawła celebrował sam ksiądz Michonneau; widziałem w Hay-les-Roses, w tej miejscowości nieokreślonej, pełnej dziwacznych budowli, kramików starzyzny, benedyktyńskich oblatów ojca Feligonde przy pracy. A oto kościół Świętego Seweryna o dwa kroki od Sekwany i Sorbony, parafia pulsująca życiem, taka, jaką stworzył w ciągu ośmiu lat ksiądz Francis Connan. Główny wysiłek ześrodkował się tu na Ofierze Mszy świętej. Chodziło o to, aby temu zasadniczemu aktowi życia chrześcijańskiego, który streszcza i przejmuje znaczenie wszystkich innych, przywrócić jego prawdziwy sens, jakim jest łączność w Komunii świętej. Skończyły się te pośpieszne Msze, w czasie których zapędzony wikary na wyścigi z ministrantem odmawiał w naj szybszym z przepisanych tempie modlitwy i wezwania, których nikt nie słyszał. Skończyły się pobożne odosobnienia, gdzie każdy modlił się, jak chciał, nie bardzo troszcząc się o to, co dzieje się przy ołtarzu. Myśl ta posiada swoją wartość, chociaż niektórzy się na nią oburzają: modlitwa indywidualna znajduje sobie inny czas i inne warunki; podczas Mszy świętej należy uczestniczyć w modlitwie zbiorowej i jej tylko się oddać. Historia nam przypomina, że faktycznie Msza święta, ta, która ukształtowała się w swej formie kultu w ciągu wieków, zawsze miała ten sam charakter, który dzisiejszy słownik nazywa „wspólnotą". Zjednoczenie z Ciałem i Krwią Chrystusa, ze Słowem Bożym, ale także łączenie się w poczuciu braterstwa z ludźmi, złączonymi w miłości Chrystusowej, to wielki program. Jak daleko sięgnie jego realizacja?

      Msza się zaczyna. Natychmiast wytwarza się „atmosfera" — jakby to powiedziano w teatrze. Już wielki ruch procesyjny, którym się Msza rozpoczyna, narzuca ją od razu: czyżby to przyjęto od Kościoła Wschodniego, od współczesnych świętego Juliana Ubogiego? Celebranci wchodzą z majestatyczną powagą, która bynajmniej nie wydaje się być sztuczna. Podczas gdy kapłan przystępuje do ołtarza, chór śpiewa modlitwy wstępne; jakąż pełnią brzmi: Introibo ad altare Dei! I od razu wkracza głos ludu w śpiewie zbiorowym, zdumiewająco zgodnym. Wydaje się, że wszyscy znają na pamięć te psalmy, francuskiego układu Gelineau.

      W ciągu całej godziny Msza odprawia się w atmosferze tej samej gorliwości — jakby to określić? — tego samego napięcia. Wszystkie te ruchy, które nam już zanadto spowszedniały, te słowa tak często słyszane, że ich już się nie słucha, zdają się tu nabierać jakiegoś innego znaczenia. Każde z nich jest nosicielem posłannictwa: wyraża myśl, intencję, uczucie, postawę duchową, którą każdy z obecnych musi zrozumieć i przeżyć. Czuje się, że ten tłum, zgromadzony dookoła tych pięciu księży, uczestniczy w świętej Ofierze. Kościół, Ciało Mistyczne: ta tajemnica staje się dotykalna. Przeżywa się ją w ciągu całej godziny: i to nie są tylko próżne słowa. Są momenty szczególnie uderzające, mocne takty tej liturgicznej symfonii. To, że diakon i subdiakon czytają po francusku (w języku miejscowym) Lekcje i Ewangelie, to weszło już w zwyczaj Kościoła; ale są inne fragmenty Mszy, które powinny podsuwać wiernym święte słowa, a które zazwyczaj szepcze sam ksiądz, jakby in petto, tutaj zaś wyosobnione, zaktualizowane, uwznioślone nabierają uderzającej wypukłości. Memento za żywych, w czasie którego dwaj młodzi śpiewacy występują z chóru i czystymi głosami odczytują intencje, zapisane w księdze parafialnej na cały tydzień; memento za umarłych, w czasie którego wymienia się, poleca przyjaźni braterskiej i modlitwom obecnych każdego z tych, którzy powrócili do Boga w ciągu tych siedmiu dni spośród wspólnoty para¬fialnej.

      Jakże odnawiają się i odżywają dawne tradycyjne zwyczaje! Ceremoniał Komunii wiernych nabiera cech jakiegoś popisowego wystąpienia: nasuwa myśl o Sądzie Ostatecznym. Oto posuwają się równo, po pięciu w szeregu, przy śpiewie psalmów, a stanowią ogromną większość zebranych: na pierwszy rzut oka około cztery piąte wiernych. Wstępują na stopnie ołtarza, gdzie pięciu księży równocześnie podaje im Hostie. Nawet samą kwestę zarząd kościoła Świętego Seweryna potrafił pozbawić charakteru nieco wstydliwej pańszczyzny, która nudzi księży i przeszkadza w modlitwie zebranym; przywrócono jej dawny charakter ofiary, daru, uczestniczenia w materialnym także życiu gminy parafialnej. Tutaj celebranci postępują jak przy procesji wzdłuż nawy głównej, obchodząc wiernych z wyciągniętymi rękami, w których trzymają duże kosze dla zebrania darów najróżniejszych, nieraz zupełnie nieprzewidzianych. Tak właśnie musiało się to odbywać w Rzymie świętego Grzegorza, w Mediolanie, w tych czasach gdy święty Ambroży, biskup, odprawiał tam Mszę, w której uczestniczył młody człowiek imieniem Augustyn.

      Chodząc po małych uliczkach Paryża, po bulwarze Sekwany, gdzie wiośniane słonko igra wśród gałązek, myślę o tym, co widziałem przed chwilą. Chciałoby się wiedzieć, jak głęboko sięga to pragnienie łączności, zbratania w miłości Chrystusa. Mówiono mi o wielkim wysiłku, podjętym dla wzięcia w opiekę najuboższych parafian, o tych drużynach „świeckich misjonarzy", którzy zapuszczają się w najbardziej wydziedziczone osiedla w stronę ulicy Dauphine czy Saint-Andre-des-Arts, gdzie po pięć, sześć rodzin gnieździ się w jednej izbie; o tych katechetach, którzy odciążają w tej pracy księży i podejmują ją regularnie pod ich kontrolą; o tych drobiazgowych ankietach, przeprowadzanych często przez duchowieństwo i świeckich ludzi na temat nastawienia, zainteresowań, zagadnień aktualnych i bolączek istniejących wśród wiernych, co pozwala przystosować do nich kazania; o tym planie wtórnego podboju chrześcijaństwa, który ustalono według wyniku szerokiej ankiety społecznej typu Gallupa. Po ośmiu latach wysiłków liczba praktykujących katolików w parafii Świętego Seweryna wzrosła dokładnie w dwójnasób.

      Czy to jest rozwiązaniem naszych problemów? Środkiem, który przywróci Kościołowi jego młodość, skuteczność jego oddziaływania? Z pewnością nie jest to jedynym środkiem i kierownicy tych „parafii wspólnoty" nie podają go jako uniwersalnego lekarstwa. Potrzeba także misji robotniczych (jakkolwiek by się je nazwało), które pójdą szukać pracowników na tych pustyniach duchowych, jakimi stały się dzielnice fabryczne. Potrzeba braci misjonarzy dla wsi, pracujących w okręgach „czerwonych" mapy Francji, wykreślonej przez księdza Boularda; potrzeba Małych Braci ojca Voillaume, wkładających bez rozgłosu podziwu godny wysiłek w sprawę uświęcenia pracy i myśli ludzkiej przez ascezę i modlitwę. Ale czy w rezultacie te wszystkie wysiłki nie skończą się na parafii? Cóż się stanie z tymi ludźmi, których praca misjonarzy mogłaby przyprowadzić do owczarni Kościoła, jeśli ten Kościół oczom ich przedstawia się w takiej zimnej, obojętnej i banalnej postaci, jaką ma bardzo wiele naszych nieszczęsnych parafii? Jest jednak rzeczą powszechnie znaną, że wszystko by się zmieniło, gdyby otworzyła się przed nimi i przyjęła ich do siebie żywa, braterska wspólnota.

      U Świętego Seweryna, podobnie jak w Colombes, w Hay-les-Roses i w innych kościołach francuskich, gdzie podjęte zostały analogiczne wysiłki, katolicyzm ma największe szansę zwycięstwa. Ale czy katolicy należycie zdają sobie z tego sprawę?

      Daniel-Rops, Nokturny, tłum. Irena Józefowiczowa, IW "Pax", Warszawa 1958, ss. 112-120.

      Źródło informacji: http://wikiliturgia.org

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 23:39
    • x. Luigi Villa - Krytyczne uwagi na temat Soboru Watykańskiego II

      x. Luigi Villa

      APPUNTI CRITICI SUL VATICANO II

      Krytycze uwagi na temat Soboru Watykańskiego II cz. 1-5

      Książki są dostępne w formacie pdf

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 23:02
    • Stanisław Krajski - Niebezpieczna książka

      Kilka dni temu zadzwoniła do mnie zaniepokojona czytelniczka. Nabyła ona wydaną przez Wydawnictwo M, chyba w zeszłym roku (rok wydania to 2009, rok nabycia praw do jej tłumaczenia przez Wydawnictwo M to 2004) książkę autorstwa Maurice Caillet pt. „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”. Jej niepokój związany był z niektórymi fragmentami tej książki. Była głęboko przekona, że są sprzeczne z nauką Kościoła. Przeczytałem tę książkę po naszej rozmowie. Skutek: uczucie przerażenia i wyrzuty sumienia.

      Książka mnie przeraziła, bo promuje to, co niektórzy nazywają chrześcijaństwem wodnikowym (takie pomieszanie chrześcijaństwa i New Age). Autor chyba pragnie być chrześcijaninem (przynajmniej takie pragnienie deklaruje), ale prezentowany i promowany przez niego sposób myślenia o chrześcijaństwie i oceniania wielu prawd i zjawisk jest nadal z gruntu masoński, w efekcie czego książka może spowodować wielkie szkody w perspektywie wiary i moralności szczególnie w odniesieniu do młodych Polaków.

      Gdy zabrałem się do lektury tej książki zaczęły się we mnie rodzić wyrzuty sumienia, bo zacząłem poczuwać się do grzechu zaniedbania. Dlaczego nie kupiłem i nie przeczytałem tej książki i zdecydowanie nie zareagowałem na jej niezgodne z wiarą katolicką treści w momencie, gdy tylko się ukazała? Co mam na swoje usprawiedliwienie?

      W ostatnich latach ukazywało się bardzo dużo książek o masonerii. Początkowo kupowałem i czytałem je wszystkie. W pewnym momencie doszedłem jednak do wniosku, że to strata czasu. Wiele z nich miało charakter propedeutyczny, więc dla mnie, który napisałem 7 książek i wiele artykułów o masonerii nie miały one żadnej wartości. Wiele z nich, wydanych przez czysto komercyjne wydawnictwa, było utrzymanych w tonie sensacji, powierzchownych i bałamutnych. Reagowanie na nie wszystkie nie miałoby sensu. Niektóre z nich podejmowały te aspekty, którymi się nie zajmowałem i nie zamierzałem zajmować, takie choćby jak symbolika masońska czy historia poszczególnych regionalnych lóż. Książkę „byłem masonem” miałem już dawno temu w ręku. Sięgnąłem po nią w którejś z księgarni, przeczytałem jej podtytuł „Z mroku loży do światła Chrystusa”, przeczytałem notkę na jej okładce: „Książka wyraża szczęście z powodu odnalezienia Boga oraz pokazuje, jakie niebezpieczeństwa niosą w sobie inne drogi, które nie są po postu odmiennym sposobem życia, lecz są skrzywieniami i ślepymi zaułkami, jakże niekiedy straszliwymi” i doszedłem do wniosku, ze ta książka nie zawiera treści, które mógłbym wykorzystać w swoich publikacjach.

      Nie miałem żadnych podstaw, by podejrzewać, że może ona być szkodliwa. Wydało ją renomowane wydawnictwo katolickie, które wydało np. wszystkie dzieła mojego ulubionego, jakże ortodoksyjnego Messoriego. Nie docierały do mnie żadne sygnały mogące budzić niepokój. Nikt w tej sprawie nie dzwonił ani nie pisał. Nikt nigdzie nie powiedział w mojej obecności niczego, co mogłoby budzić jakieś moje wątpliwości. Wręcz przeciwnie. W „Naszym Dzienniku” i w „Niedzieli” ukazały się wywiady z jej autorem, które nie wnosiły może nic nowego kwestię masonerii, ale nie zawierały żadnych negatywnych treści. Nie byłem jednak wystarczająco czujny i nie tłumaczy mnie fakt, że inni taką czujnością się też nie wykazali. Zaskakujące, niepokojące, jakoś przerażające jest to, że nikt, oprócz tej jednej pani, z tych, którzy tę książkę przeczytali nie podniósł głośnego alarmu, nie zwrócił się do mediów katolickich, do osób kompetentnych w Kościele.

      Cóż takiego pisze Caillet. Oto kilka cytatów, które powinny spowodować naszą natychmiastową zdecydowaną reakcję:

      - „Choć było mi żal z powodu niektórych zmian w rytuale Mszy Świętej, które pozbawiają ją pewnych aspektów energetycznych, znanych budowniczym katedr i niektórym ezoterykom, jednak ostatecznie uważam, że przybliżenie ołtarza do zgromadzenia (…) przyczyniło się do zlikwidowania bariery psychologicznej” (s. 48);

      - „Fakt, że tym samym określeniem obejmuję ciało fizyczne i energetyczne (to ostatnie nazywane jest w niektórych tradycjach ciałem eterycznym) wynika stąd, że wydają mi się one nierozłączne, a zresztą na podstawie mojej teoretycznej i praktycznej wiedzy z zakresu homeopatii oraz akupunktury mogę stwierdzić, że nierównowaga energetyczna bardzo często poprzedza zmiany somatyczne możliwe do zbadania za pomocą metod naukowych. Nie odrzucam niektórych odmiennych koncepcji ezoterycznych lub tradycyjnych, które pod rozmaitymi określeniami kryją te same treści: ciało astralne różokrzyżowców odpowiada duszy, to znaczy siedzibie uczuć, natomiast templariusze podobnie jak św. Tomasz z Akwinu, uznają ponadto istnienie w samej głębi człowieka trynitarnego jądra złożonego z duszy boskiej, odpowiadającej Ojcu, duszy duchowej, odpowiadającej Duchowi Świętemu oraz ciała mentalnego odpowiadającego synowi” (oczywiście Św. Tomasz nic takiego nie twierdził – dop. S. K.) (s. 72-73);

      - „Z pewnością inne religie wpisane w inne kultury mogą przynieść pokój duszy i zbawienie ducha” (s. 74)

      - „Nie wypieram się zresztą żadnej z zasad wolnomularstwa: czyż nie sam Chrystus przyniósł ludzkości owe trzy fundamenty, jakimi są wolność, równość i braterstwo?” (s. 89);

      - „Nie twierdzę oczywiście, że fakt bycia różokrzyżowcem jest sam w sobie naganny. Uważam jedynie, że może się to wiązać z niebezpieczeństwem dla równowagi duszy chrześcijanina, a w każdym razie jest to całkowicie sprzeczne z chrześcijańską wiarą” (s. 97)

      - Sądzę, że człowiek Zachodu, a zwłaszcza chrześcijanin może się do tych technik (joga, hatha-joga, tai chi chuan, zen – dop. S. K.) odnieść na dwa sposoby. Pierwszy z nich, pozostający w zgodzie z kulturą judeochrześcijańską, polega na traktowaniu ich jako metod mających pomóc w osiągnięciu równowagi i pokoju ciała, duszy i umysłu” (s. 98);

      - „Można praktykować akupunkturę, zabiegi moksy i wschodnią dietetykę, nie identyfikując się przy tym z zasadami taoizmu, lecz jedynie je rozumiejąc. W pewnym stopniu opierają się one na symbolice liczb podobnej do tej, jaką znajdujemy w kabale. Ale wydaje mi się, że istotą taoizmu jest dążenie człowieka do osiągnięcia równowagi między niebem a ziemią, między twórczymi Chen (aniołami?) a destrukcyjnymi Kwei (złymi duchami?). Pojęcia te nie mają jednak konotacji moralnej, z jaką łączy je kultura judeochrześcijańska. Nie dokonując żadnych prób synkretyzmu, warto jedynie zauważyć, że dwie tak bardzo różne kultury powstały być może z podobnych inspiracji i objawień”. (s. 102); – „Radiestezja wróżbiarska posługująca się wahadełkiem pozwala wykryć na odległość na planie albo mapie prądy telluryczne, ale także zaginione przedmioty i osoby. W jaki sposób odbywa się taki przekaz informacji? (…) Jedynym wiarygodnym wytłumaczeniem jest połączenie radiestezji na odległość z technikami wróżbiarstwa, jasnowidzeniem czy spirytyzmem: odbiorca otrzymuje informacje od ducha, który jest przewodnikiem, niebieskim lekarzem>, ale którego nie należy mylić z Aniołem Stróżem lub Duchem Świętym. Poświadczeniem tej tezy jest fakt, którego sami doświadczyliśmy. Otóż praktykując radiestezję na odległość, należy przyjąć pasywny stan umysłu, w którym człowiek nastawiony jest na odbiór, jak we wszystkich stanach mediumicznych. Zdolność tę nabywa się przez kontakt z osobami, które są już wtajemniczone w te praktyki – jest to zatem przekazywanie daru! Chyba, że chodzi o duchowe zanieczyszczenie!” (s. 105-106).

      Caillet, który przed nawróceniem jako lekarz dokonywał aborcji w jakiś czas po nawróceniu wstępuje do stowarzyszenia Maryi Matki Miłosierdzia, które opiekuje się kobietami planującym zabić swoje nienarodzone dziecko. Jako bezpośredni powód takiej decyzji podaje spotkanie z kobietą, którą charakteryzuje w ten sposób: „katoliczka, zwolenniczka myśli New Age”. Kobieta ta opowiada mu o swoich doświadczeniach spirytystycznych, mówi o tym, że podczas dwóch sensów spirytystycznych przeszedł do niej jej syn, którego pozbawiła życia w swoim łonie.

      Caillet tak to komentuje: Tak oto ten maleńki embrion rozwijał się w świecie niewidzialnym i objawił jej, iż zawsze łączyła go nierozerwalna wieź miłości z matką. Historie te usłyszałem wkrótce po moim nawróceniu i pomogła mi ona zrozumieć, że poprzez obcowanie świętych jesteśmy złączeni z tymi, których zabrała śmierć (s. 84).

      Wszystkie przytoczone powyżej wypowiedzi Cailleta nie mają wiele wspólnego z katolicyzmem, świadczą o tym, że nie potrafi się on wyzwolić z błędów pogaństwa, że często stawia znak równości pomiędzy pogaństwem i chrześcijaństwem, że prawdy katolickie interpretuje całkowicie błędnie rozumiejąc je na sposób pogański, jak rasowy poganin.

      Gdyby tytuł książki zmienić na „Byłem katolikiem. Od światła Chrystusa do mroku loży” niewiele by to zmieniło. Zauważmy, że gdyby poglądy przedstawione w tej książce jako dowód zbliżenia się jej autora do Chrystusa, zostały włożone w usta ortodoksyjnego katolika byłyby dowodem na jego odejście od Chrystusa i zbliżenie się do pogaństwa i masonerii.

      Katolik przedstawiający doświadczenia spirytystyczne jako dowód na obcowanie świętych, wróżbiarstwo jako neutralny duchowo i moralnie „dar”, który może pochodzić od Boga, masonerię jako organizację głoszącą te same podstawowe zasady co chrześcijaństwo, ciało astralne jako nieśmiertelną duszę jest katolikiem zagubionym, błądzącym, oderwanym od podstawowych prawd wiary, myślącym w sposób, którego ta wiara nie dopuszcza.

      Zobaczmy jeszcze co Caillet pisze o masonerii. Skupmy uwagę tylko na dwóch jego wypowiedziach na ten temat.
      W jednym miejscu pisze: „Nie mam także zamiaru nikogo obmawiać ani zdradzać tajemnicy, która polega wyłącznie na nieujawnianiu nazwisk braci. Zbyt wielu z powodu takich niedyskrecji poniosło śmierć na zesłaniu, masoneria jest zaprzeczeniem nazizmu i w ogóle wszelkiego fanatyzmu” (s. 89).

      Któż to prześladował tak masonów i kto będzie ich prześladował dziś? Czy Caillet nie zna faktów związanych ze wsparciem jakie masoneria udzielała nazizmowi i stalinizmowi i ze zbrodniami, szczególnie na kapłanach, choćby we Włoszech czy Meksyku, które były owocem masońskiego fanatyzmu? Od kiedy to jedyną tajemnicą masonerii są tylko nazwiska jej członków? Czy Caillet pisząc tę książkę nie znał znajdującego się w dokumentach Kościoła określenia masonerii jako „pomocnika szatana na ziemi”? (o tym, że „masoneria jest narzędziem szatana” mówi w 2008 r. wywiadzie dla „Naszego Dziennika”).

      W innym miejscu głosi pogląd, że różokrzyżowcy są o wiele bardziej niebezpieczni od masonerii, bo w masonerii „szanuje się metafizyczne przekonania każdego i nie proponuje się niczego innego poza ogólnymi zasadami” (wolności, równości, braterstwa – dop. S. K.) sugerując, że zagrożenia jakie tworzy masoneria i różokrzyżowcy to wyłącznie zagrożenia dla duchowości ich członków-chrześcijan. (s. 94)

      Czy Caillet nigdy nie słyszał o politycznych ambicjach masonerii, o jej planie utworzenia rządu światowego? Czy nie wie o tym, że zawsze walczyła z Kościołem dążąc do jego fizycznej eliminacji, a przynajmniej duchowego i moralnego rozbicia?

      Książka „Byłem masonem” jest być może jakimś świadectwem dla francuskich masonów i zagubionych w doktrynach pogańskich francuskich „katolików”. Dla polskich katolików, szczególnie młodych, może stanowić tylko duchowe i moralne zagrożenie, destrukcyjny czynnik, który spowoduje, że łatwiejszy będzie do nich dostęp ze strony tych, którzy upowszechniają New Age, różne inne formy pogaństwa, czy doktrynę masońską.

      Bardzo interesujące jest zakończenie wywiadu jakiego Caillet udzielił w 2008 r. „Naszemu Dziennikowi”. Na pytanie – „Pańskie prace nie są wydawane przez znane francuskie wydawnictwa katolickie. Dlaczego?” – odpowiada:

      „Dlatego że nie podoba im się radykalizm nowo nawróconych, którzy burzą letniość katolików, nasączonych często gallikanizmem [doktryna dążąca do ograniczenia związków lokalnego Kościoła francuskiego ze Stolicą Apostolską - przyp. red.], brakiem aktywności społecznej czy wręcz marksizmem. Mój główny wydawca sam jest nowo nawrócony na chrześcijaństwo. Przeważnie wydawnictwa katolickie nie chcą zadrażnień z władzą publiczną i eliminują wszystko, co mogłoby zakłócić ich spokój”.

      A może jednak francuskie wydawnictwa katolickie słusznie nie drukują jego książek z podanych przeze mnie powodów. Dlaczego w takim razie drukują je wydawnictwa katolickie w Polsce? Czyżby był to, zakładając dobre intencje, jakiś „błąd w sztuce”? W takim razie czy nie warto go jakoś naprawić?

      Źródło informacji: http://www.krajski.com.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 21:07
    • Gilbert K. Chesterton - Uparta ortodoksja

      Ktoś mnie poprosił, bym wyjaśnił pewną moją cechę, która, jak się okazuje, uważana jest za dziw niepojęty. Dla zilustrowania sprawy otrzymałem wycinek z bardzo pochlebnego artykułu na mój temat, opublikowanego w amerykańskim piśmie. Artykuł napisany był w duchu niejakiego zdumienia. Na ile pojąłem, uznano za nadzwyczajne, że człowiek może być do tego stopnia zwyczajny.

      Istotnie, jestem człowiekiem zwyczajnym, co oznacza, że akceptuję powszechne ludzkie zwyczaje. Zwykłem wierzyć w Stwórcę, zwykłem czuć wdzięczność za to, że istnieje świat, zwykłem uważać życie i miłość za dary zawsze dobre, a małżeństwo i rycerskość za prawa, które słusznie wzięły te dary w karby; zwykłem też podtrzymywać całą resztę normalnych tradycji naszego ludu i naszej wiary. Niektórzy patrzą na mnie jak na raroga, bo wciąż myślę, że trawa jest zielona, choć niedawno odkryty słowacki artysta pomalował ją na szaro, i nadal utrzymuję, że światło dzienne jest całkiem miłe, mimo że trzynastu litewskich filozofów zasiadło w kręgu i przeklęło je uroczyście; zaś w kwestiach bardziej kontrowersyjnych szczerze wolę śluby od rozwodów i niemowlaki od kontroli urodzeń. Nie będę tu po kolei bronił każdego z tych wielce ekscentrycznych poglądów, jakie dzielę z przeważającą częścią ludzkości, dawnej i teraźniejszej. Jeśli ogólnie o nich napomykam, to mam po temu konkretny powód. Otóż, chcę, żeby było jasne jak słońce, że moja sympatia dla tych sentymentów nie jest ani trochę sentymentalna. Ani mi w głowie szczebiotać o nich z ckliwą afektacją. Więcej nawet - rzucam Czytelnikowi wyzwanie, by spróbował wytropić w tym eseju ślad jednej łzy wzruszenia. Moje poglądy nie wynikają ze wzruszeń: są rozważne, nie romantyczne.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 13:04
    • Remigiusz Okrasa - J.R.R. Tolkien wobec triumfu cywilizacji przemysłowej

      Jeśli ktoś — podobnie jak niżej podpisany — poszukuje w dziełach kultury, z którymi się styka, ekologicznych (a raczej wyrażających szacunek dla natury oraz niechęć do pozbawionej sensu ingerencji w nią) wątków, a jednocześnie jest miłośnikiem twórczości Johna Ronalda Reuela Tolkiena, to niewątpliwie zaintrygowała go postać pisarza. Czytając takie książki, jak Władca pierścieni, Hobbit, czyli tam i z powrotem czy Silmarillion (oraz wiele pomniejszych utworów), nie sposób nie dostrzec, że przesiąknięte są one duchem umiłowania przyrody, a postawę i światopogląd pozytywnych bohaterów tych utworów bez trudu nazwać można ekologicznymi, pełnymi szacunku dla wszelkiego życia.

      Skoro Tolkien pisał tak, a nie inaczej; skoro jego książki noszą tak wyraźne znamiona wrażliwości na piękno i istotę przyrody; skoro wreszcie tematyka i przesłanie utworów, jakie wyszły spod jego pióra, wielokrotnie przyświecały inicjatywom ekologicznym na całym świecie, to nie zaszkodzi zapytać, jakim człowiekiem był autor Władcy pierścieni i profesor Oksfordu w jednej osobie, skąd w jego twórczości tyle wątków bliskich sercu ludzi próbujących powstrzymać degradację środowiska naturalnego. Warto się zastanowić nie tyle nad wymową jego dzieł, gdyż jest to temat na osobną opowieść, ile raczej nad przyczynami stanu, w którym znajdują one tak doskonałe przyjęcie u osób krytycznie nastawionych do tej drogi rozwoju, którą kroczy współczesny świat. Skoro Tolkien na kartach swych książek traktował przyrodę niczym swoistą świętość, to niewątpliwie korzeni tak zarysowanej wizji literackiej winniśmy poszukiwać w samym charakterze Autora, w jego życiowej postawie, innymi słowy — w biografii pisarza. Zadanie to ułatwią nam, będące niewątpliwie gratką dla miłośników twórczości Tolkiena, dwie książki poświęcone jego życiu i literackiemu dorobkowi, jakie pojawiły się niedawno na rodzimym rynku księgarskim.

      Spróbujmy zatem wydobyć ekologiczny rys charakteru Tolkiena z jego dwóch biografii: „oficjalnej” (powstałej za zgodą i przy pomocy rodziny zmarłego pisarza) — pióra Humphrey'a Carpentera zatytułowanej J. R. R. Tolkien — wizjoner i marzyciel oraz „niezależnej” — Daniela Grotty pt. Tolkien — twórca Śródziemia. Interesującym dopełnieniem zawartych w obu pracach spostrzeżenień są uwagi przedstawione w nader ciekawym szkicu autorstwa Elwin Fairburn, który nosi tytuł Tolkien, czyli „mitologia dla Anglii”.

      Czytaj dalej

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 00:44
    • Asystent Przełożonego Generalnego FSSPX o rozmowach z Rzymem

      W poniedzialek wielkanocy 5 kwietnia ks. Alan Nely, asystent Przełożonego Generalnego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, w Przeoracie FSSPX w Gdyni odprawił uroczystą Mszę św. po której wygłosił prelekcje. Przedmiotem wykładu była historia rozmów Bractwa z Rzymem, począwszy od słynnej pielgrzymki jubleuszowej A.D. 200o do dnia dzisiejszego i rolę Opatrzności Bożej w całej tej sprawie. Powtórzył znane już fakty, które uzupełnił mniej znanymi wydarzeniami. Po wykładzie wierni zadawali pytania, w ktorych dało się wyczuć sceptycyzm co do rychłej zmiany postawy Rzymu jak i troskę o Kościół. Ksiądz Nely podzielił opinię co do skali trudności obecnych rozmów, zmiany "intelektualnego nastawienia Rzymu" i rychłego finału. Przypomniał, że nie istnieje "problem Econe" (tj. Bractwa) ale chodzi o Wiarę jako taką. Wyraził też nutkę nadziei, że watykańscy rozmowcy nie mogą teraz przejść obojętnie nad postawionymi problemami. Że muszą się nad nimi poważnie zastanowić. Podkreślał wagę modlitwy w całej tej sprawie.

      Źródło informacji: http://katoliktradycjionline.blogspot.com/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 00:21
    • O Janie Pawle II słów kilka

      Z blogu Svetomira

      Mija właśnie pięć lat od śmierci papieża Jana Pawła II, przez niektórych, zwłaszcza w Polsce zwanego Wielkim. Wypada mi, jako blogerowi katolickiemu jakiś tekst na tę rocznicę popełnić.

      Jan Paweł II - konserwatysta, czy postępowiec? oraz Papież literat

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      środa, 07 kwietnia 2010 00:17
  • wtorek, 06 kwietnia 2010
    • François Mauriac, Bloc-notes, 30 grudnia 1965

      Czwartek, 30 grudnia 1965

      Uchylam się od udziału w ankiecie pewnego dziennika rzymskiego, który prosi, abym na jednej stronicy wyłożył moje wrażenia z Soboru — nie dlatego, bym nie miał nic do powiedzenia na tak wielki temat, ale z obawy, żebym nie uległ skłonności katolickiego dziennikarza do udzielania odpowiedzi budującej, jakiej się od niego oczekuje, nie mówiąc wcale, jakie uczucia Sobór budził w nim rzeczywiście, zależnie od momentu i od różnych okoliczności. W istocie każdy z nas winien by przeprowadzić własną ankietę dla samego siebie, i nic z niej nie publikować, chyba że miałby nadzieję dopomóc jakoś innym, zwłaszcza zaś oświecić i pocieszyć tych swoich braci, których wielkie przemiany w Kościele zaniepokoiły i wzburzyły.

      Ja zacznę od aktu wiary: wierzę, jak wierzyłem od pierwszego dnia, że papież Jan XXIII w oczywisty sposób został natchniony, a to, co się już dokonało dla zbliżenia i pogodzenia rozłączonych braci czy też dalszego prowadzenia dialogu nie tylko z wyznawcami wszystkich religii, ale z agnostykami i ateistami, już teraz przekracza wszystko, co wydawało się nam możliwe do osiągnięcia dopiero po latach, a może i wiekach wysiłków. Wystarcza już, że Kościół Rzymski zastąpił modlitwą faryzeusza, odmawianą niewzruszenie od czasów Konstantyna, modlitwą celnika — oczywiście nie dla rozwiązania wszelkich trudności doktrynalnych i pokonania wszelkich opozycji; z chwilą jednak, kiedy rozbieżności nie nazywają się już herezjami, a rozłamy — schizmami, stada z najodleglejszych nawet owczarni dążą do zjednoczenia i kierują się do jednego, wszystkim wspólnego punktu: gdzie będzie ciało, tam się zgromadzą i orły.

      Wrażenie drugie: boleśnie odczułem ciosy wymierzone w liturgię tradycyjną, lecz nie włączam nieskończoności do odczuć i reakcji, wiążących się z przyzwyczajeniami zakorzenionymi od czasów dzieciństwa. Zgadzam się, że dobrodziejstwo, jakim się to stanie dla ogółu ludzi wierzących wszystkich ras i narodów całego świata, niewspółmiernie przerasta utrudnienia, które mogą nastręczać się Francuzom mego wieku i mojej sytuacji życiowej.

      Niemniej pozostaje faktem, że liturgia święta w takiej postaci, w jakiej uformowała się na przestrzeni wieków, dzieło wytrwałego zbiorowego uwielbienia, świętości, na którą się składały miliony, miliony świętości indywidualnych — ta liturgia została jak gdyby okaleczona. Trochę tak, jakby bez żadnego uprzedzenia usunięto nagle którąś figurę z portalu katedry w Chartres.

      Poruszamy tutaj problem sprzeczności, która wyjaśni się dopiero przy końcu czasów, owej sprzeczności pomiędzy prawdą wiekuistą, która się nie zmienia i którąśmy czcili, i którą skłonni byliśmy ubóstwiać na modłę ludzką w Kościele widzialnym, a tym rodzeniem się na nowo, o którym mówi apostoł, tak bolesnym, że nie umiemy powstrzymać jęku, rozdzierającą dialektyką zbawienia, z którą każdy z nas radzi sobie, jak może. Zanim jednak zacznie się sądzić i potępiać katolików, zwanych przez nas „integrystami", trzeba ich zrozumieć, uprzytomnić sobie, że byli od dzieciństwa przyuczani, aby nie robić różnicy, wcale nie rozróżniać, co jest prawdą Bożą, co zaś przejawami pobożności, naiwnej prostoduszności, i wszystkim, com kiedyś nazwał „kłamstwem w łonie prawdy" — a co było ciężką przewiną pewnego typu obserwancji rzymskiej, i czym przekarmiano pobożne dzieci z mojego prowincjonalnego światka.

      Zwrot dokonał się nazbyt brutalnie, zwłaszcza u niektórych przedstawicieli kleru. Nie potępiać już współczesnego świata, nie odtrącać, kochać go takim, jaki jest, iść ku niemu z myślą, że Kościół nie tylko go już nie przeklina, ale winien się od niego uczyć i sam dużo od świata otrzymać. Niewątpliwie może to posiać zamęt w pojęciach ludzi, którzy jak ja mieli dwadzieścia lat za pontyfikatu Piusa X: bardzo szczerze i z radością uznając słuszność motywów tego wielkiego zwrotu, chcieliby jednak mieć pewność, że tu nie chodzi o nawrócenie się, dostosowanie się Kościoła do świata, ani o zubożenie wiary, której Kościół strzeże zgodnie ze swoim powołaniem. Czy ośmielę się wypowiedzieć moją myśl do końca? Otóż my, starzy katolicy świeccy, włączeni w spory filozoficzne i religijne z początków naszego stulecia, my pierwsi moderniści, których ksiądz Loisy pouczał już przed sześćdziesięciu laty, że Chrystus Pan nie był świadomy swojej Boskości, dzisiaj, kiedy teilhardyzm płynie już szerokim korytem, odnosimy wrażenie, iż niektórzy zakonnicy odkrywają nagle Amerykę z pięćdziesięcioletnim czy nawet stuletnim opóźnieniem.

      Ale jest przecież pewna prawda, istotna dla każdego wierzącego, zwłaszcza jednak dla księży i zakonników, ta mianowicie, że największym dowodem miłości, jaki winni dawać światu i jaki dla nich samych powinien liczyć się nad wszystko, jest ich wiara; wiara, która została im dana. To jedno mają do ofiarowania, i tylko to mogą światu dać. Dowody miłości pod wszelkimi innymi postaciami świat otrzymuje od wszystkich i od każdego z osobna — wszystko oprócz „dobrej nowiny", że nie zostaliśmy sierotami i że jesteśmy kochani, a Chrystus żyje, i każdy z nas też będzie żył na wieczność.

      Kiedy się obserwuje niektórych duchownych, kiedy się ich słucha, można by sądzić, że ulegają dziś jakiemuś niejasnemu zawstydzeniu, że usiłują możliwie najbardziej upodobnić się do pozostałych ludzi. Pamiętam młodych księży z dawnych lat, znaczonych tonsurami niby jagnięta, które pasterz wybrał sobie spośród innych: i wcale się tego nie wstydzili, przeciwnie, poczytywali sobie za chlubę.

      Dla mnie szczególnie niepokojący jest dysonans, jaki widzę pomiędzy życiem duchownego w pełni włączonego w dzisiejszą pogańską społeczność a warunkami, jakich wymaga żywa wiara, której jest poręczycielem, której powinien dawać świadectwo i utrzymywać w swoim sercu. Bo w końcu nie można chyba dopuścić, aby dobra wola w stosunku do świata doprowadziła nas do tego, że nie będziemy dostrzegać, co w tym świecie przeciwstawia się gwałtownie lub skrycie każdemu z błogosławieństw na Górze. Świat nienawidzi czystości serca, wyszydza ją i ośmiesza, a ktokolwiek jej broni i stawia sobie za cel, robi się pośmiewiskiem lub uchodzi za obłudnika. A miłosierni i cisi cóż mają wspólnego z tym okrutnym światem?

      Wiara, która została wam dana w depozyt i którą winniście przechowywać w sobie żywą, czerpie siły z ogniska bardzo tajemnego, bardzo osobistego, ukrytego w waszych sercach. Na przestrzeni wieków różne nurty duchowego życia katolików znajdowały dla siebie wcielenie w rozmaitych zgrupowaniach religijnych, z których każde miało odrębne powołanie, wszystkie jednak dążyły do zachowania w duszach wybranych uczniów owego płomienia czystej miłości, do której świat ma odrazę, ponieważ jego uczynki są złe.

      Ma odrazę, ale i mgliście wyczuwa jej urok, toteż nie jestem pewien, czy będzie wam wdzięczny za wysiłki, jakie podejmujecie, aby się do niego upodobnić. W pewnych okresach życia potrzebny nam był człowiek różny od wszystkich innych, dlatego właśnie, że własnowolnie postanowił być ubogi, być czysty i życie swoje składać w ofierze; był nam potrzebny, i dana nam została ta łaska, żeśmy go znaleźli. Sami nie potrafiliśmy być święci, ale niejeden raz spotykaliśmy świętego na naszej drodze; nosił sutannę, przez co dla mnie na zawsze już pozostanie ona czcigodna. Jagnięta, których rasa nie wygasła i nie wygaśnie...

      François Mauriac, Bloc-notes. Notatnik z lat 1953-1970, wybór, przekład, wstęp i opracowanie Zofia Milewska, Warszawa 1979, ss. 75-78.

      Źródło informacji: http://wikiliturgia.org

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 kwietnia 2010 23:12
    • Recenzja książki - x. Luigi Vila Paweł VI - błogosławiony?

      Zebrany w książce materjał faktograficzny został podzielony na 8 rozdziałów odnoszących się do kluczowych idej pontyfikatu Jana Chrzciciela Montiniego (kult człowieka, otwarcie na świat, reforma Kościoła) oraz relacyj kierowanej przez niego wspólnoty z fałszywemi religjami, komunizmem i masonerją.

      Pomijając drobiazgi o drugorzędnem znaczeniu, książka wiarygodnie przedstawia fakty. Podaje cytaty za źródłami, a więc wystąpieniami i oficjalnemi dokumentami podpisanemi przez Pawła VI. Opinję tę mogę odnieść do wszystkich rozdziałów za wyjątkiem traktującego o masonerji. X. Alojzy Villa opiera się tu na wielu zebranych osobiście świadectwach i artykółach gazetowych. Nie czuję się kompetentny w ocenianiu informacyj świadczących o masoństwie hierarchów takich jak Villot, Casaroli, Poletti, Baggio, Suenens, Koenig, Lienart, Bugnini czy Marcinkus. Nie potrafię ocenić sugestji, jakoby sam Montini został do wolnomularstwa przyjęty. Jednak w świetle pozostałych informacyj umieszczonych w tej książce i w innych źródłach, można z całą pewnością przyjmować, że ww. wdrażali w praktyce idee masońskie. Niczym innym nie jest "kult człowieka" proklamowany przez Pawła VI w dniu 7 XII AD 1965 w przemówieniu wygłoszonym na zakończenie Soboru Watykańskiego II.

      Niewątpliwą wadą książki jest pewien chaos w przeprowadzaniu wywodu: niektóre cytaty i argumenty są kilkukrotnie powtarzane, a narracja nie jest prowadzona chronologicznie w omawianych obszarach. Oczywiście książka nie aspiruje do miana biografji Montiniego, Autor naświetla w niej niemal wyłącznie fakty świadczące na niekorzyść Montiniego, wywiązując się z konsekwentnie z przyjętej roli "adwokata diabła" w procesie beatyfikacyjnym. Pomija zatem np. relacjonowane przez innych tradycjonalistycznych autorów cierpienie Pawła VI z 2 połowy lat 70-tych i jego świadomość, że doprowadził Kościół na skraj upadku. Nie wiemy, czy był to czysto ludzki żal Judasza czy żal św. Piotra połączony z nawróceniem i zadośćuczynieniem. Ostatniego z wymienionych u Pawła VI nigdy się nie doczekaliśmy.

      Polski wydawca dzieła, zacny Pan Marcin Dybowski, reklamuje  tę książkę jako argument, który zatrzymał proces beatyfikacyjny Pawła VI. Jak wynika ze wstępu, w takim celu została ona napisana przez x. Alojzego Villę, konserwatywnego kapłana z włoskiej diecezji Brescia i wydawcy magazynu "Chiesa viva". Nie wydaje się jednak, by w czasach posoborowych jakiekolwiek argumenty rozumowe mogły być uznane za decydujące.

      Odpowiedź na pytanie, czy Paweł VI powinien być ogłoszony błogosławionym, nie jest chyba potrzebna w niniejszej recenzji. Już dziesiąta część argumentów przedstawionych przez x. Villę powinna być uznana za wystarczającą. Ciekawsze wydają się zatem inne pytania, jakie mogą wynikać dla czytelników dzieła, np. analiza porównawcza Pawła VI i jego duchowego syna Jana Pawła II. Szkicując odpowiedź wskazałbym na pobożność osobistą Jana Pawła II i zupełnie laickie myślenie Montiniego. Wskazałbym na wielką różnicę w charakterach: polski papież był osobą o wielkiej charyzmie osobistej, podczas gdy Pawła VI często i słusznie nazywano współczesnym Hamletem. Wreszcie, Montini miał świadomość klęski posoborowej wizji Kościoła już w 10 lat po Soborze Watykańskim II, podczas gdy Jan Paweł II do końca swojego pontyfikatu wypierał świadomość kryzysu Kościoła i wysławiał "Nową wiosnę Kościoła". Wreszcie, Jan Paweł II rozwijał wszelkie szkodliwe idee Pawła VI służące do zastąpienia katolicyzmu posoborowym "kultem człowieka" oraz kontynuował jego fatalną politykę kadrową, której jednym z głównych celów miało być wyrugowanie z urzędów kościelnych wszelkich hierarchów o poglądach tradycjonalistycznych.

      Na koniec godzi się wspomnieć o błedach książki. Oto w Aneksie 1 przedstawiona jest papieska przysięga koronacyjna, jaką miał rzekomo złożyć Jan Chrzciciel Montini w dniu 30 czerwca 1963 r. Według mojej najlepszej wiedzy akt ten, zwany przysięgą św. Agatona nie jest składany przez papieży rzymskich przynajmniej od końca średniowiecza, nie ma żadnych śladów po niej np. w obrzędach koronacji Leona XIII AD 1878. Jest to typowy błąd części środowisk tradycjonalistycznych. Analogicznym jest powoływanie się na krytykujące "Kościół posoborowy" słowa, jakie miał wypowiedzieć kard. Wyszyński w homilji z dnia 9 kwietnia 1974 r. Instytut Prymasowski podaje inną wersję tego kazania, wskazującą, że według Kardynała pojawiają się interpretacje posoborowości, w których przeciwstawia się ją wcześniejszej postawie i dorobkowi Kościoła. Błędna, nieudokumentowana wersja cytatu pojawia się jedynie w polskiem wydaniu książki x. Villi, zatem obciąża ona wyłącznie Wydawnictwo "Antyk" i Marcina Dybowskiego.

      Źródło informacji: http://fronda.pl/krusejder/blog

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 kwietnia 2010 22:31
    • Ewolucja - Rzeczywistość czy domniemanie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 kwietnia 2010 22:14
    • Evelyn Waugh i "participatio actuosa". Wielkanoc AD 1964 i 1965

      Zaglądam do dzienników Evelyna Waugh, znakomitego angielskiego pisarza i konwertyty. W Wielkanoc 1964 roku przyrównał „odnawianą liturgię” – a nie był to przecież jeszcze NOM Pawła VI – do polowania z nagonką, gdzie „zadaniem łowczego (celebransa) jest wytropić i zabić lisy”, i który „wynagradzany jest w zależności od tego, czy zapewni uczestnikom odpowiednią rozrywkę”.

      Waugh kontynuując, pisze: „Kiedy pierwszy raz przyszedłem do kościoła [katolickiego, na Mszę - JB] zostałem urzeczony nie przez wspaniałe ceremonie, lecz przez widok kapłana, który jawił mi się jako rzemieślnik. Miał do wykonania pracę ważną jak nikt inny. I miał do niej kwalifikacje. On i jego czeladnik wykładali na ołtarz narzędzia potrzebne do pracy i nie spoglądali na ludzi za sobą. Robili to bez najmniejszego zamiaru wywierania na nich swymi osobami jakiegokolwiek wrażenia.

      ‘Uczestnictwo’* – straszny żargon – nie oznacza robienia jazgotu, jak chcieliby tego Niemcy. Jedynym możliwym uczestnictwem w dziele sztuki jest studiowanie go z szacunkiem i zrozumieniem”.

      We wpisie pod datą Wielkanocy roku 1965, Waugh pisze: „Bardziej niż zmiany estetyczne, które odzierają Kościół z poetyki, tajemniczości i godności, niepokojące są dla mnie sugerowane zmiany w wierze i moralności. Rozpowszechnia się rodzaj antyklerykalizmu mającego na celu zredukowanie wyjątkowej, sakramentalnej pozycji kapłana. Msza jest opisywana jako „spotkanie przy posiłku”, podczas którego „Lud Boży” dokonuje konsekracji.

      Proszę Boga, bym nigdy nie porzucił wiary, ale w tej chwili chodzę do kościoła, tylko by wypełnić obowiązek i okazać posłuszeństwo – tak jak straż w Pałacu Buckingham, która jest wystawiana mimo braku prawdopodobieństwa, że przyczyni się do ochrony życia władcy.

      Kardynał Heenan nie jest w tej sprawie szczery. Rozmawiałem z nim w cztery oczy przy obiedzie i deklarował zupełną solidarność z konserwatystami oraz, na ile dobrze go zrozumiałem, obiecał przeciwstawiać się aktualnie forsowanym innowacjom. W jaki jednak sposób może on zakładać, że ‘uczestnictwo’ zyska dzięki zakazowi klękania na incarantus podczas Credo?

      Prasa katolicka nie zgłasza sprzeciwu. Nie doczekam już naprostowania tych rzeczy”.

      Rzeczywiście Evelyn Waugh zmarł rok później, w kwietniu 1966 roku. Bóg oszczędził mu więc konieczności oglądania ‘uczestnictwa’ w rycie po zmianach z roku 1967, a później w NOM z 1969. Szczęściarz. Nie ma tego złego…

      Źródło informacji: http://jacquesblutoir.blogspot.com

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 kwietnia 2010 22:09
    • Pożar w parafii Don Camilla. Spłonął pierwowzór literackiego krucyfiksu

      W kościele, który służył Giovannino Guareschiemu za pierwowzór parafii z cyklu książek „Don Camillo i Peppone”, wybuchł w Wielkanoc pożar. Spłonął krzyż, na którym wisiał wizerunek Jezusa Chrystusa, z którym rozmawiał wiejski proboszcz.

      Pożar w kościele pw. Narodzenia Matki Bożej w Brescello wybuchł w nocy z Wielkiej Soboty na Wielką Niedzielę. Kompletnie strawił drewniany ołtarz i wyrządził szkody w wysokości 300 tysięcy euro. Przyczyną wybuchu ognia było prawdopodobnie przewrócenie się w nocy płonących na ołtarzu świec.

      Leżące w północnych Włoszech Brescello jest pierwowzorem miejscowości Boscaccio, w której mieszkali bohaterowie ksiażek Giovannino Guareschiego, katolicki ksiądz Don Camillo i komunistyczny wójt o przezwisku Peppone. Walczącym ze sobą zwolennikowi tradycyjnych wartości i rewolucjoniście towarzyszył także Jezus Chrystus, nierzadko ganiący kapłana.

      Przygody niesfornego księdza i zatwardziałego komunisty zyskały sporą popularność nie tylko we Włoszech, ale także w Polsce. W tej samej miejscowości Włosi kręcili w latach 50-tych i 60-tych XX wieku serię filmów opartych na prozie Guareschiego.

      sks/Kath.net

      Źródło informacji: FRONDA.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 kwietnia 2010 22:04
  • poniedziałek, 05 kwietnia 2010
    • CONTRA QUOSCUMQUE CLERICOS - przeciw pedofilii duchownych

      św. Pius V

      CONTRA QUOSCUMQUE CLERICOS

      Przeciw wszelakim odrażającym zbrodniom przez duchownych, czy to świeckich czy regułą związanych, popełnionym

       

      Okropne przestępstwa, przez które skażona federacja [papieskich?] Państw palona jest przez straszliwy sąd Boży, wznieca gorzki żal w Nas i głęboko porusza Naszą duszę tak, że dajemy Naszą uwagę do powstrzymania ich jak najwięcej.

      1. Było prawidłowo rozpoznanym przez Sobór Laterański, że jakikolwiek duchowny będzie ujawniony, iż cierpi z powodu niepowściągliwości, które są przeciw naturze, z powodu których gniew Boży spada na synów nieposłuszeństwa, ma zostać wyrzucony z duchowieństwa, lub być zmuszonym do pokuty w klasztorze.

      2. Lecz żeby od zarażania tą plagą najlepiej ustrzec, z przekonaniem iż, bezkarności, która jest największą pokusą do grzechu, śmiało ją rozwijać, stwierdzimy, że duchowni winni tego okropnego przestępstwa będą karani bardzo ciężko, aby z całą pewnością mszczący miecz prawa cywilnego powstrzymał tych, którzy nie brzydzą się ruiny duszy.

      3. W związku z tym, ponieważ uczyniliśmy dekret w tej sprawie na początku Naszego Pontyfikatu, teraz zamierzamy śledzić pełniej i bardziej odważnie; pozbawiamy wszystkich kapłanów bez wyjątku i wszystkich świeckich duchownych, i duchownych związanych regułą i z jakiejkolwiek klasy i jakiejkolwiek godności, uczestniczących w takich przestępstwach, wszelakich przywilejów stanu duchownego, a także każdego urzędu, godności i beneficjów kościelnych, przez moc tego dekretu: w ten sposób, iż gdy są zdegradowani przez kościelnego sędziego, byli przekazani niezwłocznie świeckiej władzy, która im dokładnie w tym samym kary wymierzy, co do wymiaru zaś takie jakim podlegają świeccy którzy popadli w taką ruinę.

      Dan w Rzymie u Św. Piotra roku cielenia Pana 1568 3 dnia kalend wrześniowych 3 roku Naszego Pontyfikatu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 kwietnia 2010 23:26
    • Kolejna firma oferuje ornaty z wizerunkiem papieża Jana Pawła II

      http://www.urbanowiczhaft.pl

      Nawet się nie chce komentować

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      rzymski_katolik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 kwietnia 2010 23:17

Kalendarz

Październik 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Msza trydencka w Polsce

BAZA DOKUMENTÓW PAPIESKICH

Toplista Tradycji